i nim go śnieżne pochłoną zamieci
do chat się tuli, gdzie łuczyna świeci.
W umarłych święto, w jęki niepowrotne,
serce się moje nie czuje samotne.
Ach, pamiętam knieje, szumiące dokoła,
świegot ptastwa, ryk zwierza i dymiące sioła —
wonie traw pokoszonych i białe bociany,
lecące gdzieś aż z Indyów na mój dach żerdziany.
Dziś — pół świata zbłądziwszy na smętnem błąkaniu —
Tobie, coś moją młodość widziała w zaraniu —