ciszę bezmiarów — których się pożąda.

Lub mi się zdaje, że to leśne głusze

w podzwrotnikowem słońcu gorejące —

a w głębi zimne; strojne w pióropusze

tęczowych kwiatów, a od lian ginące.

Tak się w mej duszy mienią Twoje oczy,

że nic trwałego w nich, prócz tajemnicy.

I próżno pytam, czy mnie do świątnicy

ten sfinks prowadzi, czy pustych roztoczy,

gdzie palmy więdną na słonecznym skwarze