— Więc pójdę za radą twoją, o szlachetna dziewico — rzeknę, zrywając jedną po drugiej kopertę — i w tej uroczystej chwili, w tym szczęśliwym domu, w którym ty oddychasz, o aniele piękności i rozumu, ogłoszę całemu światu tajemnicę długowieczności przeze mnie odgadniętą...
— Nafirze, przebóg! Co robisz! — krzyknie Gerwid, wyrywając mi z rąk zapieczętowany jeszcze na pół tuzina pieczątek papier. — Król ofiaruje ci dwa miliony złotych, wielką wstęgę orderu węża brylantowego i szmaragdowej jaszczurki, i posadę ministra zdrowia publicznego za tę tajemnicę, będziesz jednym z pierwszych dygnitarzy kraju! Ja tobie chowałem tę niespodziankę.
— Nie będę żadnym dygnitarzem, przyjacielu Gerwidzie, źle przystoją dostojeństwa, tytuły i ordery synowi Eskulapa, którego największą powinno być rozkoszą oddawać usługi, częstokroć z upokorzeniem graniczące, najuboższym swym bliźnim. Chrystus Pan był ubogi, strzechy nie miał swojej i jedną tylko suknię, i nogi mył zdrożonym żebrakom: ja chcę pozostać ubogi i żebym nigdy nie był kuszony urokami bogactwa i honorów, głoszę tu wszem wobec i każdemu z osobna, że promienie słońca zostały przeze mnie uchwycone i zgęszczone.
— Nafirze! Nafirze! Jeszcze jedno słowo — krzyknie, padając mi do nóg, doktor Gerwid — ciebie unosi rozpaczliwe, a mnie wiadome uczucie.
I przyskakując do mnie, potarł mi organa pamięci nad okiem zawarte jakimś ożywiającym płynem, od którego zaświeciło mi się w głowie tysiąc kandelabrów, a potem rzekł jakimś językiem, którym na Księżycu nikt nie przemawiał:
— Serafinie! Synu Ziemi! Jeśli zdradzisz tajemnicę, to cię zaklnę w imię Polski i rodziców twoich i wrócisz na padół płaczu i boleści, na którym nie znajdziesz ani Lawinii, ani Malwiny!!
Struchlałem i na całym ciele zadrżałem, a w tej chwili Gerwid wydawał mi się wielki i groźny jak Atlas noszący niebo na swych barkach.
Ukorzyłem się przed rozkazującą istotą i na jego żądanie przysiągłem, że nie wydam tajemnicy, chyba za korzyści odpowiednie jej wielkości, a do mego własnego rozporządzenia pozostawione.
I znów Gerwid jednym zażegnaniem oswobodził mnie od kandelabrów, świecących w mej głowie, to jest od pamięci przeszłości.
— Więc tobie, dobry przyjacielu, powierzam tę tajemnicę — rzekłem, ochłonąwszy z wyruszenia.