— Tego, że nie widzę sposobu dostania się na nią.
— Czemużeś mi tego nie powiedział wcześniej? Niepotrzebnieś się martwił tyle czasu, w każdej chwili mogę cię zdrowo i szczęśliwie dostawić na wasz świat.
Niezmiernie się ucieszyłem, gdy mi to powiedział, i natychmiast począłem myśleć o przygotowaniach do podróży.
— Przede wszystkim — powiedział mi Szatan — winieneś podać prośbę o paszport do króla, a nawet warto by pojechać osobiście podziękować mu za wszystkie względy, jakie miał dla ciebie.
— Niech i tak będzie — odrzekłem i zabrałem się do króla.
Niezmiernie grzecznie mnie przyjął ten zacny monarcha, żałował, że tak rozumny i uczony człowiek jak ja opuszcza jego państwo. W końcu zaś życzył mi szczęśliwej drogi i podpisał mi paszport z jednym wszelako warunkiem, żebym, przybywszy na Ziemię, opisał moim współziomkom z wszelką sumiennością wszystko, com widział na Księżycu, aby go już nadal nie uważali za nocną tylko latarkę, lecz za świat zaludniony.
Kiedym powrócił do domu, zastałem Szatana gotowego już do drogi.
Zapytał się mnie tylko:
— Gdzie chcesz wysiąść na Ziemi?
— Bogaci mieszkańcy Paryża zwykle choć raz w życiu bywają w Rzymie, jeśli ci to więc nie zrobi różnicy, wysadź mnie w Rzymie. Ale, powiedzże mi, jakiego rodzaju będzie ta maszyna, w której mamy odbyć tak długą drogę?