— Pójdź pan z nami — rzekłem do niego.
— Najchętniej, ale proszę, aby pan ... (znany i zasłużony artysta muzyczny z Warszawy), z którym przyjechałem, mógł iść także. Silny jest i chodzi dobrze.
Na próżno przedstawiałem mu niepraktyczność tego zamiaru. Wiadomo, że najwytrwalsi piechurzy, nawet strzelcy z dolin, nie mogą bez poprzedniej wprawy chodzić na większe wycieczki w górach. Nie będę tu opisywał przygód pana ... przez ciąg jednego dnia, jaki z nami przebył, dość na tym, że przed wieczorem był tak znużony, że wśród równej zresztą drogi po jakiejś grani padł jak nieżywy i ani ruchu, ani słowa nie można było z niego wydobyć. Zbiegliśmy się wszyscy, starając się go ocucić z tego jakby letargu — na próżno, nawet oczu nie otworzył.
— Jasiu — zawołałem wtedy na Sabałę — zagraj no temu panu, bo to też muzykant (przepraszam, ale nie umiałem się zrozumiałej wyrazić), to mu pewnie najlepiej pomoże.
— A zaraz, proszę Ich Miłości — rzecze Sabała, który i w mowie, jak w muzyce, ma swoje staroświeckie formy.
Dobywa co prędzej swoich „gęślikow” z rękawa czuchy, w którym je zwykle nosi i dalejże jakąś pieśń góralską.
— A toż cooo!?! — zapytał otwierając oczy i machinalnie podnosząc się pan ... Sabała grał dalej, a pan ... dzięki tej muzyce zabrał się do herbaty, którą pokrzepiony, mógł z przewodnikami swymi zejść w Chochołowską Dolinę, skąd na noc dostał się szczęśliwie do Zakopanego. Odtąd śmiejemy się z Jaśka, że i umarłych swoją muzyką wskrzesi.
Zanim dojdziemy do Polskiego Grzebienia, przełęczy na przeszło 6500 stóp8 wysokiej, a jeszcze dobry kawałek drogi i ciemny zmrok zapada, powiem Ci, Szanowny Czytelniku, że Sabała ma lat około 70, jest suchawy, ale krzepki, skóra twarzy prawie pergaminowa, wzrok nieco przymglony, ale rysy twarzy wyraziste i piękne. Całe życie był strzelcem na swoją rękę; ubił dużo niedźwiedzi, a innej zwierzyny bez liku. Pomimo osłabionego wzroku, ubiegłej jeszcze jesieni strzelał do niedźwiedzia, którego nikt lepiej od niego nie „wyszlakuje”.
— A jakżeż wy to, Janie, z takimi oczami możecie chodzić jeszcze na niedźwiedzia?
— Eh, proszę Ich Miłości, to już tak jest, albo ty mój, albo ja twój — odrzeknie nieustraszony strzelec, dla którego zresztą, jak dla większej części górali, narażenie życia należy do takich małostek, że i mówić co o tym nie ma. Latem i zimą nie zagrzeje miejsca w domu. Rządna gaździna (gospodyni), żona jego i dobre, pracowite dzieci, prowadzą gospodarstwo, i dzięki temu p. Jan źle się nie ma. Czasem dla ochoty weźmie się do kosy i siekiery. Ale wnet zaopatrzywszy się w kierpce (obuwie ze skóry, rzemieniem do nogi przywiązane) i naładowawszy torbę, idzie z „gęślikami” do lasu lub w hale. Na Orawie, Liptowie, na kilka mil wokoło, wszędzie go znają i wszędzie „radzi widzą”, tak dla jego muzyki, jak i przypowiastek, tudzież doskonałego humoru9. Kiedyś przed laty przyciśniętemu jakimiś opłatami, wyprowadzono ostatnią krowę na sprzedaż. Jasiek usiadł przy drodze i grał, „żeby jej” (krowie) „weselej było opuszczać zagrodę”.