Na to stanie przed Akkolonem karzeł, a gębę miał wielką i nos spłaszczony. Skłonił się ten karzeł i powiada, że od królowej Morgany przybywa.

— Pozdrowienia ci ona piękne przysyła — Akkolonowi mówi — i prosi cię, abyś mężne serce zachował, gdyż jutro z rycerzem jednym o świcie walczyć będziesz. Posyła ci też oto miecz Arturowy, Ekskalibur, i do niego pochwę i nakazuje, abyś dla jej miłości bez zmiłowania do ostatka walkę stoczył, jakoś jej swego czasu w rozmowie tajemnej przyrzekł.

Zdało się Panu Akkolonowi, że posłanie, które mu karzeł przyniósł, jak trzeba pojął. Powiedział więc, że teraz, miecz mając, obietnicy swojej dotrzyma. A to właśnie rycerz jeden (a nie kto inny to był, tylko Pan Onclek) z damą i sześciu giermkami konno nadjechał i Pana Akkolona powitawszy, na zamek go swój spocząć zaprosił. Dosiadł tedy Akkolon konia, którego mu podano, i do zamku Oncleka pośpieszył, gdzie dobrego nader przyjęcia doznał.

Tymczasem Pan Damas do brata swego, Pana Oncleka, posłał, aby się nazajutrz do spotkania z rycerzem jednym dobrym gotował, który Pana Damasa w walce o dziedzictwo ojcowskie ma zastąpić. A sprawiła to Morgana le Fay sztuczkami swymi, że przybył wysłaniec do Pana Oncleka w chwili, kiedy z Panem Akkolonem w jednej komnacie spoczywał. Zatroskał się wielce Pan Onclek, posłanie od brata otrzymawszy, gdyż przed niedawnym czasem srogie pchnięcie włócznią poprzez oba uda był otrzymał i cierpiał bardzo. A jednak, chociaż ranny, wyzwanie Damasa byłby przyjął, gdyby nie to, że Pan Akkolon ofiarował się go zastąpić. Pamiętał bowiem Pan Akkolon, że Morgana le Fay miecz Arturowy i pochwę do niego mu przysłała na walkę, którą nazajutrz z rycerzem nieznanym ma stoczyć.

Uradował się wielce Pan Onclek i bratu swemu, Panu Damasowi, kazał powiedzieć, że rycerza znalazł, który nazajutrz, gdy na jutrznię93 zadzwonią, zamiast niego w pole wyjedzie.

Tak tedy wypadło, że król Artur i Pan Akkolon, nic o sobie wzajem nie wiedząc, w sprawie obu braci walczyć mieli. Poczyniono należne przygotowania i wszyscy rycerze oraz lud z okolicy zebrali się na ich spotkanie popatrzeć. Dosiadł był właśnie Artur konia, gdy podeszła doń panna, przez Morganę le Fay przysłana, i miecz mu przyniosła kubek w kubek do miecza jego Ekskalibura podobny i takąż do niego pochwę. I rzekła:

— Morgana le Fay miecz twój z miłością swoją ci przysyła.

Podziękował jej Artur, nic nie wiedząc o tym, że i miecz, i pochwa podrobione były i kruche, i nieszczere.

Z zapałem obaj do walki ruszyli i wiele zręcznych ciosów sobie zadali. Ale cała przewaga po stronie Pana Akkolona była, gdyż on miał Ekskalibur prawdziwy, umyśliła bowiem Morgana, że dnia tego król Artur ma zginąć. Toteż miecz, którym teraz walczył, ani w połowie tak silnych cięć co miecz Akkolona nie zadawał. Zasię każdy cios Akkolona głęboko Artura ranił i cudem tylko chyba trzymał się jeszcze król na nogach. Od samego też początku walki zdawało się Arturowi, że miecz w Akkolona dłoni Ekskaliburem chyba jest, lecz tak pełen był król cnót rycerskich, że po rycersku ból tylu ran znosił i przeciwnikowi placu dotrzymywał. Aż wreszcie pękł miecz Artura przy samej rękojeści i na trawę krwią zlaną upadł.

Teraz już myślał Artur, że mu umrzeć przyjdzie, ale tarczy z rąk nie wypuścił, nie krzyknął nawet. Wszyscy, co na tę walkę patrzyli, mówili, że nie widzieli jeszcze rycerza, który by walczył tak mężnie z taką krwi utratą. I żałowali Artura. Ale Akkolon, królewski miecz mając w dłoni, taką śmiałość czuł, że Artura wezwał, aby mu się poddał i o zmiłowanie prosił.