— Wielkie nieba! — rycerz na to zakrzyknie. — Zawsze tchórzem chciałabyś mnie widzieć!

A wówczas i Czarny Rycerz, gdy doń panna podjechała, zapytał:

— Panno, czyś tego tu oto Arturowego rycerza przywiodła, aby dla ciebie walkę stoczył?

— Nie, miły rycerzu — panna odpowie — nie rycerz to żaden, ale kuchcik, który w kuchni Artura za żywność służył. Rada bym się też od niego uwolnić, bowiem wbrew mojej woli za mną jedzie. Obyś go ode mnie precz odpędził lub też i zabił, gdyż kłopotliwy wielce jest to pachołek i źle dziś sobie poczynał.

A na to Czarny Rycerz powiada:

— To ci mogę obiecać, że wnet się młodzik ten na ziemi znajdzie, a wtedy konia jego i zbroję sobie zabiorę. Większej krzywdy mu nie uczynię, gdyż wstyd by mi było.

Gdy to usłyszał Piękna Rączka, zawoła:

— Panie rycerzu! Wspaniałomyślnieś się oto moim koniem i zbroją rozporządził! Darmo ci one całkiem przyszły. Wiedzże jednak, że czy zechcesz, czy nie, przez błonie to przejadę, zasię konia ani też zbroi ode mnie nie dostaniesz, chyba je własnymi rękoma zdobędziesz. Nie jestem też ja kuchcikiem, jak ta panna powiada, ale szlachcicem urodzonym, zacniejszego niż twój rodu, o czym się wnet na własnej skórze przekonasz.

I w wielkim gniewie obaj konie w tył cofnęli, potem jak piorun gwałtownie na siebie natarli. Pękła włócznia Czarnego Rycerza, swoją zaś Pan Piękna Rączka na wylot przeciwnika przeszył, przy czym ją i złamał. Na ból nie zważając, Czarny Rycerz miecza dobył i wiele nim potężnych ciosów Pięknej Rączce wymierzył, ciężko go raniąc; wreszcie zemdlony na ziemię runął i ducha wyzionął.

Wówczas Piękna Rączka z konia zeskoczył, zbroję zabitego na siebie wdział i jego rumaka dosiadłszy, znów za panną pojechał. A ona, ujrzawszy, że nadjeżdża, powiedziała: