Rozpruwacze
Powieść sensacyjna
Rozdział I
— Trzymać złodzieja!... Łapać złodzieja!... Policja — a — a!...
Nagle rozległ się w ciszy nocnej rozpaczliwy krzyk kobiety. Głos jej tonął w dali, w labiryncie ciemnych uliczek...
Nikt, widać, nie śpieszył napadniętej z pomocą. Głos jej słabł z każdą chwilą. Raz jeden jeszcze tylko wydarł się z jej piersi rozdzierający, beznadziejny krzyk, wyrzucony jak gdyby ostatnim tchem:
— Ratunku!...
Po czym nastąpiła cisza, jakby w ogóle nic nie zaszło.
Ratuszowy zegar dawno już oznajmił, że minęła północ. Miasto pogrążone było we śnie zimowym: chodniki, jezdnie, dachy domów pokryte były kobiercem śnieżnym. Dokoła nie widać było żywej duszy.
Tylko nocny tramwaj mijał od czasu do czasu bezszelestnie niby widmo, zostawiając za sobą czarne ślady. Bezdomni, którzy nawet we śnie czuwają, tej nocy spali snem kamiennym, niespłoszeni przez nikogo.