— Ale tym razem trafiła kosa na kamień. Nie „skantuje” córki Staśka „Lipy”.

— Kto wie? Nie wierzę w uczciwość bab...

„Lipa” słuchał cały czas uważnie, lecz w duchu myślał: „Herszek już całkiem zbzikował. Już nie można traktować go poważnie. Szkoda. Idąc do niego, byłem pewien, że będzie z kim gadać, ale on już do niczego. Prawi morały jak prawdziwy rebe...”

Pomacał się po kieszeniach. Stary zrozumiał, o co mu chodzi.

— Obrażasz mnie, Stasiek. Nic od nikogo nie przyjmuję, nawet od takiego przyjaciela jak ty. Najlepszą nagrodą dla mnie będzie wypełnienie przez ciebie zobowiązania względem naszego zakonu i zerwanie raz na zawsze z tym życiem.

„Lipa” objął oczami nędzny pokoik i ironiczny grymas wykrzywił jego usta. Stary zauważył to i rzekł:

— Nie lituj się nade mną. Jesteś ze swoim bogactwem bardziej godny pożałowania ode mnie. Nie mam nic, nie potrzebuję nic. Byt mam zupełnie zabezpieczony. Rano dostaję szklankę mleka z bułką, obiad jadam wieczorem, ale bez mięsa; kolacja dla mnie nie istnieje. Co pierwszego córka przysyła mi, ile mi potrzeba, a od życia bardzo mało wymagam. Jałmużny jeszcze „Herszełe Rozpruwacz” nie przyjął w swoim życiu i na pewno nie przyjmie, choćby miał zdechnąć z głodu pod płotem.

„Lipa” wyciągnął do niego rękę.

— Żegnam cię wobec tego.

— Już uciekasz? Nie chcesz ze mną „pokrakać” o dawnych czasach. Kiedyś prędzej „zarabialiśmy” rubla, niż cesarz go wybił. Pamiętasz ten kaber, który razem rozpruliśmy w Moskwie?