Kiedy Janek opuścił mieszkanie starego „Herszełe-Rozpruwacza”, przemyślał każdy szczegół wspomnianego romansu ze studentką.

— Tamta też była studentką, jak i Aniela, jednak co ze mną zrobiła... Pojechałem na drugi koniec świata, aby ją ratować, a ona, wredna, wyśmiała mnie i chciała oddać w ręce policji. Oj, kobiety! Kobiety! — krzyknął Janek na głos. — Może i stary „rebe” ma rację, kiedy nakazuje zwolennikom swoim omijać kobiety. Kto wie, czy Aniela, o którą walczę, nie okaże się taką samą naiwną berlińską studentką.

Doznał jednak zaraz wyrzutów sumienia za to porównanie.

— Nie... Nigdy! Aniela jest inna niż wszystkie kobiety, które dotychczas znałem.

Ogarnęło go desperackie uczucie i popadał z każdą chwilą w większą rozpacz. Chciał nawet podejść do pierwszego lepszego napotkanego policjanta i zawołać:

— Jestem „Klawy Janek”. Zamordowałem policjanta... Mam setki innych przestępstw na sumieniu. Bierzcie mnie i róbcie ze mną, co się wam podoba...

Wariackie myśli opanowały go. Sunął bezwładnie chodnikami ulic, nie mając odwagi urzeczywistnić żadnej z myśli. Doznawał przykrego wrażenia, jakby zapadł w koszmarny sen, z którego trudno się obudzić.

Wszystko jednak, co zaszło, było realne, smutne — było przykrą rzeczywistością.

Daremnie silił się wyrwać Anielkę ze swego serca. Zapragnął choć raz jeszcze ją ujrzeć.

Odrzucił jednak prędko tę myśl.