Moryc zasłonił okno przedziału firaneczkami, po czym silnym ruchem ręki przeciął ostrym nożem obicie miękkiej ławki, na której siedział i zatopił pod pluszem portfel z kolią. Spostrzegłszy zdziwienie wspólników, wyjaśnił im:
— To jest mój wielokrotnie wypróbowany sposób ukrywania niewygodnych rzeczy. Nawet w razie nieszczęścia, przy wsypie, nigdy konduktorom nie wpadnie na myśl przetrząsanie wyściełanych ławek kolejowych. Dopiero później, na końcowej stacji, wyjmuję „bagaż” i idę sobie z Bogiem...
— „Klawy Janek” ma złote ręce — ciągnął dalej Moryc. — Gdy tylko się dowiedziałem w Londynie, że siedzi, wsiadłem do pierwszego pociągu i przybyłem do Warszawy. Taki ptak jak on, musi być wolny!... Każdy dzień, który on spędza za kratkami to kolosalna strata dla wszystkich złodziei.
— Naturalnie — zawołał Antek. — Za takiego frajera jak Janek warto pójść w ogień i wodę.
— Oczywiście — dodał Felek. — A jednak popełnił on wielki błąd. Po dzień dzisiejszy pojąć nie mogę, co się z nim stało u hrabiny.
— W życiu się wszystko zdarza — zauważył Moryc flegmatycznie. — I mnie się przytrafiły takie rzeczy, że się wprost wstydziłem samego siebie. Nasz fach złodziejski jest pełen tajemnic i niespodziewanych przypadków na każdym kroku. Tu nie można być mądrym.
Antek i Felek z zachwytem wchłaniali jego słowa.
— Już wszystkiego próbowałem — opowiadał dalej Moryc. — Rozpocząłem praktykę od kolei podziemnych u nas, w Ameryce. Mam lekką rękę; powodziło mi się dobrze. Wycinanie kieszeni przychodziło mi z większą łatwością od przepołowienia jabłka. Ale z biegiem czasu przekonałem się, że to mi nie da majątku. Po wtóre przykro mi było ciągle okradać proletariuszy, którzy jeżdżą tramwajami i kolejami podziemnymi. Businessmani, bankierzy, fabrykanci, dyrektorzy jeżdżą własnymi luksusowymi limuzynami. Do ich kieszeni nie tak łatwo się dobrać. Miałem zawsze większe ambicje. Marzyłem o tym, by się raz grubo obłowić, a potem odpocząć, zwiedzić świat... Jestem pewny, że gdybym nie został złodziejem, byłbym albo bankierem, albo szefem policji kryminalnej. Te oba zawody pełne są tajemnic i hazardu, bez czego nie mógłbym żyć.
— A „mokra robota” zdarzyła ci się kiedykolwiek? — zapytał Felek zaciekawiony.
— Wszystko, tylko nie to! Tfuj! — splunął. — Nie znoszę krwi. Zabijanie ludzi to nie mój fach. Jestem zawsze dżentelmenem...