— Zgadłem więc! — triumfował stary.

— Tak...

— Ha, ha, ha... Zakochany jesteś... Ty, „Klawy Janek” i miłość... Zawsze uważałem cię za wielkiego grzesznika, ale nigdy za głupca...

— Miłość uchodzi za głupstwo dla starych niedołęgów — odparł Janek.

Stary roześmiał się na głos. Janek nie wiedział, co ma robić ze sobą; rozglądał się po pokoju, jakby chciał zwiać. Stary spostrzegł jego zamiary i rzekł już poważnie:

— Byłem i ja kiedyś młody. Kochałem i cierpiałem. Bo miłość to jeden wielki łańcuch cierpień. Nigdy jednak nie byłem tak złamany na duchu jak ty. Nie narzekałem nawet wtedy, kiedy przestrzelono mi kręgosłup i stałem się niedołężnym kaleką na całe życie. Bóg mnie skarał za moje grzechy, mówiłem sobie. Wybij sobie z głowy twoją głupią miłość. Mówię ci to z dobrego serca.

Janek doznawał różnych uczuć. Czuł się bardzo głupio, że on, młody, zdrowy mężczyzna, zwraca się o pomoc do schorzałego dziwaka. Zadrwił w duchu ze swego tchórzostwa.

Zerwał się z miejsca i zrobił krok ku drzwiom. Stary jakby wyczuł jego myśli i zawołał:

— Uciekasz? Nie wierzysz w skuteczność rad zidiociałego starca, za jakiego mnie uważasz? Ale wiedz o tym, że siła fizyczna nie zawsze świadczy o harcie ducha.

Janek stał ze spuszczoną głową i zawstydzony odparł: