Chciał przejść przez jezdnię, by dostać się na drugi chodnik. Akurat minęło go auto luksusowe, w którym spóźniony nocny gość obejmował kobietę. Skąd ją zna? To „Zimna kokota”.

„Wszystko przez kobiety... — rozumował w duchu. — U mnie tak samo było”.

Jednym skokiem był w tramwaju, który nadjechał. Wsiadł z zamiarem rozmówienia się ze swoimi prześladowcami. Pojedzie do meliny Reginy... Na właściwym przystanku, zadumany, wysiada, nie dostrzegając tych kilku wyciągniętych jak struny policjantów na przedniej platformie elektrowozu.

Gdy mijał podwórko, w którym mieszkała Regina, dozorca nisko mu kilkakrotnie się kłaniał, nie mogąc się nadziwić, że tak wysoko postawiona osoba o wczesnej porze udaje się do jednego z lokatorów.

Ledwie dopadł do drzwi mieszkania Reginy, Wołkow nacisnął z całych sił dzwonek.

Drzwi rozwarły się ostro, a głos zawołał:

— Zwariowaliście, czy co?... Ach to pan... przepraszam...

— Gdzie są twoi wspólnicy? — zawołał surowym głosem. — Muszę natychmiast wiedzieć!

— Nie krzycz pan! Sąsiedzi gotowi pana usłyszeć.

— Co to mnie może obchodzić! Mam was dość!....