Rok 1905 na długo utkwił mu w pamięci. Później niejednokrotnie przyznawał robotnikom rację, twierdząc, że złodzieje padli ofiarą łobuzów i alfonsów, którzy szukali okupu.

Teraz, gdy „Zimna kokota” zobaczyła go, odżyły w jej pamięci obrazki z domu rodzinnego, rodzice oraz Lisek, który przemocą zmuszał ją do uległości.

Było to tak:

Nie było w Warszawie złodziejaszka, który by nie był zadłużony u Liska, gdyż udzielał on wszystkim pożyczek, bądź na zastaw, bądź na „słowo honoru”. Ojciec „Zimnej kokoty” nigdy nie mógł się od niego uwolnić. Nie zarabiał wiele, ale zawsze potrzebował dużo. Lisek umiał go wykorzystywać i chętnie mu podsuwał zaliczki. Podkreślał przy tym, że jest jego najlepszym przyjacielem. Ale na myśli miał co innego.

Pewnego razu „Zimna kokota”, którą w domu nazywano Wandzią, zjawiła się na polecenie ojca w mieszkaniu Liska po kilkorublową pożyczkę.

Lisek przyjął ją z rozwartymi ramionami. Dał młodej i niedoświadczonej dziewczynie do zrozumienia, jak przyjaźnie jest usposobiony do jej rodziców, którzy zginęliby z głodu, gdyby nie śpieszył w porę z pomocą. Częstował ją czekoladą i silnym trunkiem, od którego dostała zawrotu głowy. I wówczas...

Gdy odzyskała przytomność, czuła, jak Lisek pakuje do ręki dwa banknoty, nakazując, by przyszła następnego dnia o tej samej porze.

— Nie bądź głupia. U mnie niczego ci nie zabraknie. Sprawię ci futro karakułowe.

Przemilczała ten wypadek w domu. Nie zdawała sobie nawet dokładnie sprawy z tego, co z nią zaszło. Intuicyjnie wyczuła, że powinna to ukryć przed obcymi i nieproszonymi. Z drugiej strony kusiła ją perspektywa lepszego życia. Zorientowała się, że Lisek może się stać dla niej źródłem zdobywania pieniędzy na stroje.

I następnego dnia znów zjawiła się w mieszkaniu Liska. Gdy wchodziła tam, przejmowała ją odraza, ale... Wracała do domu złamana, przygnębiona. Anormalny Lisek oddziaływał na Wandzię deprymująco i demoralizująco. Cynizm i bezwstydność wycisnęły na tej młodej dziewczynie swoje piętno. Zobojętniała na zaloty Liska. Stała się zimną kobietą.