Idąc za tym wołaniem, chciałem już czmychnąć gdziekolwiek i uciekać jak najdalej. Lecz w tym decydującym momencie zaatakowały już siły inne, siły złe i te po krótkiej walce zwyciężyły. Moja wola, jak zahipnotyzowana owca przed wilkiem, ścisnęła się w sobie, gdy tylko pokazały się na miejscu oczy matki i oczy kochanki — nęcące swą przepastną głębią i wróżące bezkresną słodycz...

Ona zapewne teraz niecierpliwie wygląda za okno, oczekując mego powrotu... a może tylko obfitego łupu?... Myśl sprzeczną podpowiedziała odpowiedź. A zresztą po co ja tak łamię głowę, co tam będzie. Czyż nie jednaki koniec czeka tak mnie... jak... i...

Wyrwało mnie z tych rozmyślań zakaszlanie wspólnika, który tuż za mną kroczył. Obejrzałem się. Mrugnął na mnie znacząco, bym skręcił za nim. Dojrzał bowiem przed sobą kogoś z hintów i nie chciał, żeby go tu zauważono.

Za chwilę weszliśmy w jakiś korytarz i dalej po schodach na drugie piętro. Tu pociągnął mnie wspólnik za sobą, pokazując mi jakieś drzwi. Spojrzałem. Napis: „Inżynier budowniczy S. P.” Wspólnik zaglądał przez dziurkę od klucza, po czym zawrócił, pociągając mnie za sobą.

— Słuchaj, a uważaj dobrze — rzekł do mnie półszeptem, gdy wyszliśmy na ulicę. — Masz teraz okazję, by wykazać swe zdolności i dobrze też zarobisz. Pamiętaj dobrze o tym, co ci teraz powiem. Drzwi, które ci wskazałem, prowadzą do pięciopokojowego mieszkania. Właścicielem jest bogaty inżynier, stary kawaler. Uważaj! Co rano, punktualnie o godzinie dziewiątej wychodzi on do swego biura na odległą ulicę. W domu nikt wtedy nie pozostaje, tylko za jakąś godzinę, może półtorej, przychodzi starsza kobieta i już gospodaruje tam po całych dniach. Zrozum, że ja już parę skoków zdarłem, chodząc tu, by wystawić tę robotę i wypatrzyć taką chwilę, kiedy go będzie można najlepiej „zrobić”. Po dłuższych obserwacjach doszedłem do przekonania, że tylko zaraz z rana. A jak nie rano, to już nigdy... Więc słuchaj! Zaraz on wyjdzie z domu do biura. Ja go znam dobrze. Odprowadzę go do samego biura. A ty tam wtedy wpadniesz na śmiałego112. Nie masz się co obawiać. Grunt być śmiałym, a reszta się już sama ułoży.

Tu spojrzał na zegarek, przy czym pociągnął mnie do muru, jakby chciał mnie ukryć.

— Uważaj! — ciągnął wytrwale. — Za piętnaście minut będzie już dziewiąta. On też się zaraz pokaże. A ja go będę miał na oku, jak się tylko oddali od domu. Nie trać ani chwili. Każda sekunda jest droga i może tu zaważyć. Spokojnie, cichutko otwórz drzwi tym oto wytrychem. Uważaj, za daleko do zamka nie wsuwaj. Patrz, tu jest znak, a przy przekręceniu podnieś go trochę w górę. Mogę ci też, brachu, i to jeszcze powiedzieć, że zauważyłem, że „dziubuś”113 też się tu kręci. Cholera go wie, skąd mógł wywąchać tę robotę. Ja już od dwóch miesięcy tu spekuluję, a nikomu słówka nie pisnąłem. Wstyd, gdybyśmy dali sobie sprzed nosa zabrać majątek. Mówię ci, że majątek...

Tu mocno mi ścisnął rękę, której przez cały czas rozmowy nie wypuszczał ze swych rąk i chwilę się zamyślił, po czym ciągnął dalej:

— Pamiętaj i o tym, tam są dwa wchody: jedne drzwi, które ci wskazałem, prowadzą do środka przez kuchnię. A jeszcze są tam drzwi z ulicy, które też prowadzą do pokoi. Na wszelki wypadek otwórz i tamte. Zrób sobie drogę. Gdy usłyszysz, że ktoś się zbliża z drzwi frontowych, uciekniesz tylnymi i odwrotnie. Pamiętaj też pilnie, że w sypialnym pokoju stoi biurko. Przeszukaj je dobrze. Zawsze tam są pieniądze i może biżuteria. Z szaf, co lepsze futra, garnitury spakuj. Zresztą wszędzie przeszukaj dokładnie. A co jest cennego, drap i więcej nic. Tak — westchnął. — Szkoda, że ja sam nie mogę tam być. Jeden obraz tam jest o wielkiej wartości. Ale ty się na tym nie znasz. Trudno, a ja muszę jego pilnować. Może kiedy114 ja sam jeszcze tam wpadnę.

Nagle szarpnął mnie i mruknął przez zęby: