W rogu sypialnego pokoju ujrzałem przymocowaną do ściany kasę. Stanąłem przy niej bezradny. Zdziwiłem się, że wspólnik mi o tym nie wspomniał. Przerzuciłem tam także rzeczy, których bym i tak nie mógł zabrać. Sam nie wiedziałem już, po co to robię. Byłem jakby w gorączce. Zapomniałem, gdzie się właściwie znajduję. Z szafy wyrzucałem na rozłożone prześcieradło futra, garnitury, co mi tylko w ręce popadło.
Nie zdawałem sobie zupełnie sprawy, że kradnę w tej chwili. Zapomniałem też objaśnienia wspólnika, co należy szukać. Czyniłem to wszystko popychany jakąś nadludzką mocą. Jakby moja wola zupełnie tu nie istniała.
Naglę poczułem jakby czyjś wzrok utkwiony we mnie. Twarz moja płonęła, wargi drgały nerwowo. Przyłożyłem rękę do czoła i błędnymi oczyma wodziłem wokoło.
— Co to?...
Zaledwie o trzy kroki ode mnie stał ten sam jegomość, którego wspólnik odprowadził. Uśmiechał się zjadliwie, patrzył na mnie zdziwiony. W prawej jego ręce spostrzegłem rewolwer.
— Stać i nie ruszać się z miejsca, bo zabiję jak psa! — krzyczał groźnie.
Stałem, patrząc na niego, nie mniej niż on zdziwiony. Ręce bezwładne opuściłem, duszno mi się stało. Poczułem, że wszystka krew napływa mi do mózgu. Z oczu ciekły łzy.
On ciekawie obserwował mnie długą chwilę i rzekł:
— No, panie złodzieju, trudno, nie udało się, rozpaczać nie ma tu co. Cóż robić, nieszczęście chodzi po ludziach. Przepraszam, że przeszkodziłem w pracy — tu ukłonił mi się nisko. — Proszę teraz pofatygować się i z powrotem porozkładać i porozwieszać wszystko na swoje miejsce, tak jakby tu nigdy nic nie zaszło.
Widząc zaś, że drżę na całym ciele i nie ruszam się z miejsca, dodał mniej już szyderczym tonem: