Ona prędko zdjęła wierzchnie okrycie i rzuciła je niedbale na kanapę, pociągając mnie ku sobie. Nie zdążyłem jednak usiąść, a usłyszałem głos Hanki na korytarzu, tuż za drzwiami. Kłóciła się z numerowym. Słyszałem też, jak zapewniał ją, że tu mnie nie ma. Ona zaś uparcie twierdziła, że na własne oczy widziała, jak tu wszedłem razem z kobietą.
Nie zdążyłem pomyśleć, co należy teraz czynić, gdyż już dobijano się gwałtownie do naszych drzwi. Przyjaciółka zaś odruchowo rzuciła się do okna. Złapałem ją za rękę, gdyż myślałem, że ona chce oknem wyskoczyć.
— Kto tam? — spokojnie zapytałem, a gdy krzyczała, bym natychmiast otworzył, odparłem:
— Nie bądź dzieckiem, idź do domu. Ja zaraz też przyjdę. Tu jest taki człowiek, który nie chce, aby go ktoś widział — dodałem.
Zrozumiałem sam niezręczność mojego tłumaczenia, że to nie poskutkuje i że Hanka nie uwierzy, ale co? Naprawdę nie wiedziałem, co mam czynić.
Hanka wciąż nalegała, bym natychmiast otworzył drzwi. Najpierw prosiła mnie pół żartem, później groziła, a gdy i to nie poskutkowało, zaczęła walić do drzwi z całych sił, rzucając przy tym pod moim adresem grad ubliżających słów, co się tutaj nie da opisać. Czytelnikowi łatwo się domyśleć, że Hanka, wychowana w takim środowisku, na pewno miała ich w swoim słowniku spory zapas.
Było tego już za wiele. Ze wszystkich numerów, a nawet z innych pięter mężczyźni, i to przeważnie oficerowie, zbierali się pod drzwiami. Śmiejąc się na głos, spodziewając się tu niezwykłego widowiska, zachęcali ją, by nie ustąpiła.
Ja przede wszystkim nie chciałem się spotkać z policją, która mogła na ten krzyk przybyć. Nie namyślając się dłużej, otworzyłem drzwi i sam dałem susa na korytarz, kierując się do wyjścia na ulicę.
Za jakieś pół godziny Hanka przybyła do domu. Kapelusz trzymała w ręku, włosy miała w nieładzie, a jedno oko było z lekka podbite.
Z góry przewidywałem ten rezultat, gdyż rywalka była silna i dobrze zbudowana. Gdy tylko weszła, od samego progu wzięła się za mnie, rzucając we mnie, co jej pod rękę wpadło. Podskoczyłem do niej, śmiejąc się, chwyciłem ją wpół i posadziłem jak dziecko na kanapkę, po czym zacząłem ją uspokajać i tłumaczyć, by się nie gniewała. Skończyło się na tym, że rozpłakała się. Przysięgała przy tym, że wszystkie rzeczy rywalki własnoręcznie potnie nożem i spali.