Drugi agent znów bez słowa założył mi łańcuszki na ręce.

— Panowie, o co tu chodzi? — zawołałem.

— Dowiesz się później — odparł agent.

— Nie bądź taki ciekawy — dodał drugi rosły agent, który uporał się z Jadzią, nie dając jej wyjść za nami.

Po drodze rozważałem swoje położenie, robiąc rachunek sumienia. Nic takiego jeszcze na bruku tutejszym nie popełniłem. Przed nikim też słowem jednym nie zdradziłem się o mojej ucieczce i smutnej przeszłości.

„Więc co to być może — myślałem — i co ta flaszka ma znaczyć?” Daremnie próbowałem zrozumieć, co tu zaszło, wszak jedno tylko zrozumiałem, że o ile zaczną poszukiwać, kim właściwie jestem, będę wtedy zgubiony. Wtem cały orszak zatrzymał się przy jakimś sklepie i za chwilę wprowadzono mnie, a widząc tam dziurę w suficie, wszystko zrozumiałem.

Wkrótce przybył właściciel, obejrzał mnie uważnie, a jeden z agentów spytał go:

— Czy pan tego ptaszka widział kiedy? Przypatrz mu się pan dobrze.

— Nie, nigdy tego człowieka na oczy nie widziałem.

— Zobacz no pan tę flaszkę — zawołał agent.