Piękny to był dzień. Nie zdając sobie sprawy z tego, co czynię, dokąd kroczę, znalazłem się na drodze wiodącej do miasta R. Takiej sumy nie posiadałem nigdy przy sobie, toteż dodawało mi to bodźca, że dam sobie w życiu radę. Rozmyślając tak i co chwila sprawdzając, czy mam wszystkie pieniądze przy sobie, znalazłem się przy promie odległym od miasta o dwie wiorsty. Przewoźnik, przypatrując mi się bacznie, wypytywał się, dokąd idę. Poznał mnie, gdyż bywał w naszym domu. Chcąc uniknąć prawdy, kłamałem, jak tylko mogłem. Opowiedziałem, że ojciec posłał mnie w ważnej sprawie do majątku G., do pana dziedzica. Majątek ten wymieniłem, wiedząc, iż leży po drodze odległej stąd o dwa kilometry.
Sam się dziwiłem swoimi zdolnościami do tak gładkiego kłamstwa, nikt mnie przecież tego nie uczył i było to przeciwne mojemu charakterowi. Przyszło mi tu na myśl zdanie z Talmudu: „Awejro greres awejro!” (grzech pociąga grzech!).
A może zawrócić, póki jeszcze czas, pomyślałem, zdając sobie sprawę z mojego czynu i skutków, jakie za sobą pociągnie, jaki to na przykład będzie rwetes w domu i jakie znów będą plotki chodzić po miasteczku. Lecz jakby popychany jakąś złą, nieznaną mi siłą, po przebyciu Narwi szedłem wciąż dalej i dalej. Minąłem wielką wieś G. i zbliżałem się do miasteczka R., położonego o dziesięć kilometrów od naszego domu.
W miasteczku dowiedziałem się, że niedaleko stąd znajduje się stacja kolejowa i że pociąg odchodzi raz na dobę, przystając na tej stacji na krótką tylko chwilę. Toteż dołączyłem się do kilku pasażerów udających się na kolej i po zapłaceniu 10 kopiejek zająłem miejsce na furmance, która tam zdążała. Przybyliśmy za wcześnie. Musieliśmy czekać na pociąg do godziny dwunastej w nocy.
Dziwna rzecz, pod moimi stopami, rzec można, paliła się ziemia. Gdy tylko ktokolwiek zapytał, dokąd jadę lub nawet tylko spojrzał, zdawało mi się, że już wie, com za jeden, skąd jestem, że już czyta na moim obliczu słowo „złodziej” i gotów jest oddać w ręce groźnego „Matwieja”. Lękałem się własnego cienia. Pożałowałem teraz, żem uczynił nieopatrzny krok. Ale cóż, zawrócić było już niemożliwe. W naszym miasteczku zapewne teraz o niczym innym nie mówią, jak tylko o mojej ucieczce. A więc „mosty spalone”, co ma być, niech będzie. Dłużej zatrzymałem się na myśli, dokąd mam się udać. Jedno już wszakże było zdecydowane, że do posępnych murów jeszywetu nie wrócę. Pójdę w świat... Wszystko jedno dokąd! Czułem pieniądze w kieszeni, a więc jakoś tam będzie...
Za dwa dni znalazłem się w dużym, obcym dla mnie mieście, w Wilnie. Większą część dnia wałęsałem się bez celu po ulicach, gdy zaś odczuwałem głód, zachodziłem do tej lub innej herbaciarni. W jednej z nich zawarłem znajomość z Żydkiem, który twierdził, że pochodzi z moich stron. Wierzyłem mu, gdyż opowiadał mi o ludziach, których znałem. Po półgodzinnej rozmowie tak mnie ujął, że już zwierzyłem mu się z moich podróżniczych zamiarów, a także z tego, że posiadam pieniądze i skąd je posiadam. Słysząc to, Żydek tak wielką zapałał do mnie przyjaźnią, iż postanowił razem ze mną udać się w świat.
Od tej chwili nie odstąpił mnie już na krok. Wieczorem zaś zaprowadził mnie do pewnego domu na jedną z dalszych ulic, gdzie miała mieszkać rzekoma jego krewna i gdzie mogę być bezpieczny przed ewentualnym pościgiem ojca.
Przyjęła mnie młoda kobieta. Po zaznajomieniu z nią mój przygodny znajomy objaśnił mnie, że mogę tu być jak u siebie w domu. Następnie przeprosił i wyszedł pod pozorem załatwienia jakichś niecierpiących zwłoki spraw.
Gdy znaleźliśmy się sami, młoda kobieta, uśmiechając się tajemniczo, poprosiła, bym zajął miejsce obok niej na kanapie. Propozycja nieco mnie zdziwiła, jednak po pewnym wahaniu uczyniłem zadość jej życzeniu. Zauważyłem, iż jest nadzwyczaj ładna, tak przynajmniej mi się zdawało. Toteż z przyjemnością odpowiadałem na jej zapytania, a gdy w pewnej chwili ujęła mnie za rękę i pociągnęła bliżej do siebie, zbytnio nie opierałem się. Zachęta zaś jej, bym był śmiały, do reszty mnie pobałamuciła, tak że bliski byłem, by skorzystać z jej propozycji...
Nagłe szarpnięcie przyprowadziło mnie do przytomności. Obejrzałem się. Przede mną stał mężczyzna nieznany mi, w starszym już wieku, w groźnej postawie. Kobieta, przerażona, odskoczyła ode mnie; a ja, nie orientując się wcale w tym, co zaszło, siedziałem bezradny, zdziwiony i przestraszony.