Muszę tu jednak objaśnić, kim był ten „Rudy”; był to wielki, spasiony kot. Temu kotu co dzień przymusowo składaliśmy ze swego pożywienia coś w rodzaju dziesięciny. Odbierał ją Srul, upoważniony do tego przez rebego. Srulek był więc opiekunem „Rudego” i ponieważ baliśmy się go, więc bez żadnego szemrania pozwalaliśmy na zabieranie sobie pewnej części pożywienia. Srulek ów był niezmiernym brudasem, o chytrych oczach, brzydki na wygląd. Na samo wspomnienie o nim każde dziecko odczuwało wstręt, a jednak co rano każdy musiał się z nim spotkać, bo z chwilą przybycia Srulek zaraz rozpoczynał rewizję, kontrolując, co kto posiada. Niektóre dzieci zamożniejszych rodziców przynosiły ze sobą buteleczkę mleka, z którego ponad połowę bez słowa skargi zaraz musiały oddać do wielkiej, blaszanej miednicy. Taką codzienną daninę od wielu dzieci miał rzekomo wchłaniać w siebie „Rudy”, o czym ma się rozumieć, wszyscy byli święcie przekonani.

Oto widząc, jak Srulek po odebraniu śniadania nowo przybyłemu dziecku kieruje się do przyległej izby, gdzie wcale nie było okien, a do której wstęp nam był wzbroniony za wyjątkiem Srula, pobiegłem za nim, postanawiając policzyć się ze Srulem za jego podły postępek.

W owym pokoju, który podobny był raczej do nory, rebe trzymał swe potomstwo, składające się z pięciu synów i dwóch córek. Najstarszy z chłopców liczył lat dziesięć, a wyglądał na lat sześć; z córek jedna liczyła lat sześć, a druga cztery; były one wcale niepodobne do braci, bo dość ładne jak na dzieci wychowane w tak cuchnącej norze. Kiedy wszedłem niepostrzeżenie za Srulkiem do tej izby-nory, ukazał mi się przykry widok. W izbie paliła się lampa naftowa, bez szkła, tak zwany „kopeć”. W wątłym świetle ledwo mogłem odróżnić sprzęty tam się znajdujące. W kącie, przy łóżku siedziały na ziemi dzieci rebego w brudnych koszulach, a dopiero co przybyły Srulek siedział w środku i wszystko, co uzbierał, dzielił na równe części. Każdemu dał jedną porcję, dla siebie zaś zatrzymał „daninę” zabraną nowo przybyłemu. To, co stanęło przed moimi oczyma, zbyt dokładnie objaśniło mnie o postępowaniu rebego; nie namyślając się długo, skoczyłem do Srula i zacząłem okładać go pięściami. Powstał pisk i lament, usłyszawszy to, rebe wpadł do izby, złapał mnie za kołnierz i okładając kułakami, wyniósł z pokoju i rzucił w kąt grożąc, że jeszcze mnie ukarze.

Chłopczyk, przyczyna zajścia, stał jeszcze bardziej odurzony — utkwił we mnie duże, czarne oczy, jakby chciał się spytać: co to za rwetes i co ma robić? Wtem rebe zawołał go po imieniu: chłopczyk spojrzał na mnie jeszcze raz i nie poruszając się, pozostał nadal na swym miejscu. Wówczas rebe spojrzał na mnie z łaskawym uśmiechem i ująwszy struchlałego malca za rękę, poprowadził w stronę stołu, tam wziął go na kolana i wskazując na otwartą książkę, przed nim leżącą, zapytał: „Co to jest?” Zamiast odpowiedzi, chłopiec wybuchnął płaczem. Rebe więc począł go uspokajać: „No, no, nie bój się, patrzaj — to nazywa się syder10. „Syder” — powtórzył chłopiec. Rebe, pokazując mu następnie literę, dodał: „A to jest ałef11. „Ałef” — powtórzył malec. Rebe tłumaczył dalej: „A to jest bejs12. Chłopczyk znów rozpłakał się. Rebe, pragnąc go uspokoić, pocieszał go, wreszcie mówi: „Berul, nie płacz! Gdy się będziesz dobrze uczył, to ci anioł Gabriel rzuci z nieba kopiejkę na cukierki”. Obiecanka ta zainteresowała mnie tym bardziej, że rebe każdemu nowo przybyłemu obiecywał ten podarek anielski, a który, co ciekawsze, często się sprawdzał. Co prawda wątpiłem mocno w te cudowne zdarzenia, tym bardziej wówczas niewiara się spotęgowała, gdy przekonałem się, kto zjada dziesięcinę. Więc siedząc w kącie, przez nikogo nie spostrzeżony, zacząłem pilnie obserwować rebego, równocześnie patrząc w sufit, by móc się przekonać, skąd spada kopiejka anielska. Wątpliwość moja co do prawdomówności rebego pobudzała mą czujność. Wtem, o zgrozo... własnymi oczyma zobaczyłem, jak rebe włożył na jarmułkę kopiejkę, obejrzał się wkoło, kiwnął głową i kopiejka spadła z brzękiem na stół przy samym „syderze”. „Weź ją! — rzekł rebe do malca. — To anioł Gabriel rzucił ci na cukierki, a jak się będziesz dobrze uczył, to ci jeszcze więcej da”.

Malec wziął kopiejkę, obejrzał ją ze wszystkich stron, tak jak gdyby nie wierzył w ten cud i po chwili odrzekł: „Ja mam taką samą kopiejkę w kieszeni. Matka mi ją dała. A anioł Gabriel skąd ma taką kopiejkę, jak moja mama?” Rebe spojrzał badawczo na malca, puścił go z kolan i mruknął: „Ty za mądry jesteś — już rabin z ciebie nie będzie!...”

IV

Po tym zdarzeniu nie chciałem więcej chodzić do tego chederu i za parę dni opuściłem go na zawsze, ażeby wstąpić do osławionego chederu, w którym uczył rebe Jankiel. Uczył on z pięciu ksiąg i słynął z tego, że dzieci bały się go jak ognia.

Jakkolwiek pierwsza młodość i pierwszy cheder nie był szczęśliwy, to dalsze lata mego życia, które spędziłem w kilku chederach, były o wiele smutniejsze, lecz rozpisywać się o tym nie będę, a ogólnikowo powiem, że dziecko żadnego narodu nie przechodzi tak okropnych mąk w szkołach, jak dziecko żydowskie w tych „starotypowych” chederach. A trzeba wiedzieć, iż jeden cheder jest podobny do drugiego, jak dwie krople wody.

Nakreśliłem kilka obrazków z życia w pierwszym chederze po to, żeby czytelnik miał dostateczne wyobrażenie o chederach w ogóle. Przebywałem w chederach do dwunastego roku życia. Przez cały czas mojej nauki nie dowiedziałem się nawet, ile jest części świata. Nigdy mnie o tym nie uczono. Czyż warto jest w takich mądrych chederach, gdzie mowa jest tylko o „Jehowie” i o „narodzie wybranym”, mówić o podobnych głupstwach?

Przez cały czas mojej nauki w chederach ojciec mój ani razu mnie nie odwiedził, ani też się nie zapytał, jak się uczę lub co już umiem. A jednak nie ganił. Matka starała się za to mną interesować i często opowiadała mu o mych postępach w nauce, przy czym zapewniała, że uczę się dobrze, co było poniekąd prawdą, gdyż garnąłem się do nauki.