Tak, matko droga, twoje ostrzeżenia były trafne, ale na nic nie zdały się, ja, marnotrawny syn, twoich proroczych słów nie uszanowałem... Przebacz więc, kochana mamo, że dopiero będąc dorosłym człowiekiem, zdaję sobie teraz sprawę z tego, czego jako trzynastoletni chłopiec nie rozumiałem...
Na dworze już gościł poranek i słońce zaglądało do okien, gdy drzwi do mojego pokoju roztworzono i na progu ukazał się mój ojciec — zastał nas w rozczuleniu. Uśmiechnął się tylko ironicznie, odzywając się zarazem do matki: „Może już dosyć będzie tych wskazówek, niechaj się szykuje, bo za godzinę wyjeżdżamy”.
Ubrałem się prędko, a matka odeszła przygotować śniadanie. W czasie spożywania owego ojciec bacznie mnie obserwował, a gdy śpieszyłem się w jedzeniu, upomniał mnie lakonicznie, że powinienem od dzisiaj spokojnie i taktownie zachowywać się przy stole, gdyż będę stołował się u obcych ludzi, przy czym zwrócił mi kilka uwag, dotyczących zachowania się przy stole w obcym domu. Nim ukończyliśmy śniadanie, bryczka była już gotowa do odjazdu.
Ojciec wstał od stołu i począł się szykować do podróży, poszedłem i ja wkrótce za jego przykładem. Do bryczki zaprzęgnął chłopiec stajenny pięknego bułanka, ulubionego konia ojca. Domownicy i sąsiedzi otoczyli nas kołem, żegnając nader życzliwie, a kilku kolegów z chederu żegnało mnie wprost ze łzami w oczach. Matka pod pretekstem, że zapomniała mi coś dać, odwołała mnie na stronę i doręczyła mi małe zawiniątko. Żegnała zaś w te słowa:
— Synku mój, masz tu jednego rubla na drobne wydatki, a w papierku dziesięć rubli w złocie. Schowaj je sobie na pamiątkę od twej matki i żebyś nigdy ich nie wydał, chyba w większej biedzie. Kiedy wrócisz do domu, to zawsze mi je pokażesz: będzie to dla mnie znakiem, że szanujesz mą wolę.
Na ostatku, błogosławiąc mnie, obsypała pocałunkami. Czułe to pożegnanie przerwał dopiero ojciec, nagląc do wyjazdu. Szlochając w głos, wsiadłem do bryczki, a ojciec ledwo zdołał odsunąć żegnających się ze mną. Nareszcie, wśród okrzyków pożegnalnych i przesyłanych pozdrowień chusteczkami, wyjechaliśmy za miasto.
VI
Był to piękny, wiosenny poranek. Jadąc, rozglądałem się ciekawie dokoła. Świergot ptasząt, jak i radosne igranie promieni słonecznych usposabiały mnie nader uroczyście. Zdawało mi się, że cały świat uśmiecha się ku mnie, a słońce wyjątkowo dla mnie tak jasno świeci. Będąc tak optymistycznie nastrojony, patrzyłem na ten świat z wielką ufnością, a krajobraz, przesuwający się przed moimi oczyma, usposobił mnie marzycielsko.
Widziałem, jak powracam do domu w sobolowej czapce na głowie jako rabin, jak stoję w bóżnicy i wygłaszam wiernym płomienne kazanie, ci słuchają w skupieniu, a matka w galerii bóżniczej, gdzie są zwykle odgrodzone kobiety, nie może oczu oderwać ode mnie, syna swego, a wszystkie kobiety tam się znajdujące, patrzą na nią z uszanowaniem jako na matkę rabina. Widziałem też ojca, który siedział w tej chwili wraz ze mną na bryczce, a który nie wierzył w to wszystko, co matka we mnie widziała, jak stoi w bóżnicy i jak twarz jego, obecnie pochmurna, promienieje z radości.
Wizje te zachęcały mnie do spełnienia pragnień matki, a rozmyślając o tym, postanowiłem, że muszę zostać rabinem na przekór ojcu, by nie miał powodu triumfować. Nagle jakieś zwątpienie w to postanowienie obudziło się we mnie. Czy naprawdę mam powołanie na rabina? Czy będę mógł przeciwstawić się złemu i przeciwnym myślom, które — jak czułem — instynktownie się we mnie budzą?