— Ach, okrutni — mówi — czemuście mnie opuścili? Może księżniczka żyłaby jeszcze, gdybyście byli koło nieszczęsnego Rustana.
— Nie opuściłem cię, panie, ani na chwilę — rzekł Topaz.
— Byłem wciąż przy tobie — rzekł Heban.
— Co mówicie? Czemu urągacie moim ostatnim chwilom? — odparł Rustan mdlejącym głosem.
— Możesz mi wierzyć, panie — rzekł Topaz. — Wiesz, że nigdy nie pochwalałem tej nieszczęsnej podróży, której straszliwe skutki przewidywałem; to ja byłem orłem, który walczył z sępem i któremu sęp wydarł pióra; byłem słoniem, który unosił toboły, aby cię zmusić do powrotu; byłem zebrą, która cię niosła wbrew twej woli do domu ojca; to ja zbłąkałem twoje konie; to ja uczyniłem strumień, który ci bronił przejścia; ja wzniosłem górę, która ci zamykała tak opłakaną drogę; ja byłem lekarzem, który ci radził ojczysty klimat; byłem sroką, która krzyczała, abyś się nie bił.
— A ja — rzekł Heban — byłem sępem, który wydarł pióra orłowi; nosorożcem, który rogiem nacierał na słonia; pastuchem, który bił zebrę; kupcem, który ci ofiarował wielbłądy, iżbyś biegł ku swej zgubie; ja zbudowałem most, przez który przejechałeś; wykopałem korytarz, którym przebyłeś górę; byłem lekarzem, który cię zachęcał do wstania; krukiem, który krzyczał, abyś się bił.
— Niestety! Przypomnij sobie wróżby — rzekł Topaz. — „Jeżeli pójdziesz na wschód, znajdziesz się na zachodzie”.
— Tak — rzekł Heban — grzebią tutaj zmarłych z twarzą obróconą na zachód; wyrocznia była jasna, czemuś jej nie zrozumiał? „Posiadałeś i nie posiadałeś”, miałeś bowiem diament, ale był fałszywy, i ty o tym nie wiedziałeś; jesteś Rustanem i przestajesz nim być; wszystko się spełniło.
Gdy tak mówił, cztery białe skrzydła okryły ciało Topaza, a cztery czarne skrzydła ciało Hebana.
— Co widzę? — wykrzyknął Rustan.