— Tak, wielebny ojcze — odparł Kandyd.

Wymawiając te słowa, patrzyli na siebie zdumieni, ze wzruszeniem, którego nie mogli opanować.

— Z jakich stron? — spytał jezuita.

— Z plugawej Westfalii — rzekł Kandyd — urodziłem się na zamku Thunder-ten-tronckh.

— O nieba! Czy podobna? — wykrzyknął komendant.

— Cóż za cud! — zawołał Kandyd.

— Byłżebyś to ty? — rzekł komendant.

— To niemożebne — rzekł Kandyd.

Padają sobie w ramiona, ściskają się, leją strumienie łez.

— Jak to! To ty, wielebny ojcze? Ty, brat pięknej Kunegundy, ty, zamordowany przez Bułgarów! Ty, syn pana barona! Ty jezuitą w Paragwaju! Trzeba przyznać, że ten świat osobliwą toczy się koleją. O, Panglossie, Panglossie, jakiż byłbyś rad, gdyby nie to, iż powieszono cię tak przedwcześnie!