Podeszli i zaprosili uprzejmie Kandyda na obiad.

— Panowie — rzekł Kandyd z uroczą skromnością — świadczycie mi wiele zaszczytu, ale nie mam czym zapłacić za siebie.

— Och, panie — rzekł jeden z błękitnych — osoby pańskiej powierzchowności i zalet nie płacą nigdy za nic: czyż nie posiadasz pięciu stóp i pięciu cali21 wzrostu?

— Tak, panowie, w istocie, to moja miara — odparł z ukłonem.

— Och, drogi panie, siadaj z nami; nie tylko wyrównamy za ciebie rachunek, ale nie ścierpimy, aby człowiekowi takiemu jak pan miało kiedykolwiek braknąć pieniędzy; toć pierwszym obowiązkiem ludzi jest pomagać sobie wzajem.

— Macie słuszność — odparł Kandyd — toż samo powiadał mistrz Pangloss: widzę, że w istocie wszystko jest jak najlepiej.

Proszą, aby przyjął kilka talarów; bierze i chce wystawić oblig22; nie przyjmują, siadają z nim do stołu.

— Powiedz, czy kochasz tkliwie...

— Ach, tak — odpowiedział — kocham tkliwie pannę Kunegundę.

— Nie — odparł jeden z nieznajomych — pytamy, czy kochasz tkliwie króla Bułgarów23?