— Czy wierzysz — rzekł Kandyd — że ludzie zawsze mordowali się wzajem, jak dziś czynią? Że zawsze byli kłamliwi, chytrzy, przewrotni, niewdzięczni, drapieżni, słabi, zmienni, tchórzliwi, zazdrośni, chciwi, łakomi, opoje, skąpi, ambitni, krwiożerczy, obmowni, rozpustni, fanatycy, obłudni i głupi?
— Czy wierzysz — rzekł Marcin — że kobuzy86 zawsze zjadały gołębie, kiedy je napotkały?
— Bez wątpienia — rzekł Kandyd.
— No więc — odparł Marcin — jeżeli kobuzy zawsze mają ten sam charakter, czemu miałby się on zmieniać u ludzi?
— Och — rzekł Kandyd — jest gruba różnica: bądź co bądź, wolna wola...
Tak rozprawiając, dobili do Bordeaux.
22. Co się zdarzyło Kandydowi i Marcinowi we Francji
Kandyd zatrzymał się w Bordeaux tylko tyle, ile trzeba było, aby sprzedać parę kamyków z Dorado i zaopatrzyć się w wygodny pojazd na dwie osoby; nie umiał się już obejść bez filozofa Marcina. Zmartwiony był tylko, że musi rozstać się z baranem, którego zostawił Akademii Nauk w Bordeaux. Ta ogłosiła jako przedmiot dorocznego konkursu zagadnienie, czemu ów baran ma czerwoną wełnę; nagrodę przyznano pewnemu uczonemu z północy, który udowodnił, przez A plus B, minus C, podzielone przez D, że baran musiał być czerwony i umrzeć na księgosusz.
Wszelako wszyscy podróżni, których Kandyd spotkał w gospodach po drodze, powiadali: „Jedziemy do Paryża”. Ta powszechna skwapliwość obudziła w nim wreszcie ochotę ujrzenia stolicy; nie było to wielkie zboczenie z drogi do Wenecji.
Wjechał do miasta od przedmieścia Saint-Marceau; doznał wrażenia, że znajduje się w najszpetniejszej mieścinie Westfalii.