Po wieczerzy margrabina zaprowadziła Kandyda do buduaru i posadziła go na kanapie.
— I cóż! — rzekła. — Wciąż tedy kochasz bez opamiętania pannę Kunegundę von Thunder-ten-tronckh?
— Tak, pani — odparł Kandyd.
Margrabina rzekła z tkliwym uśmiechem:
— Odpowiadasz jak galant z Westfalii; Francuz powiedziałby: „Prawda, kochałem pannę Kunegundę; ale, widząc ciebie, pani, lękam się, że już jej nie kocham”.
— Ach, pani — odparł Kandyd — odpowiem, jak zechcesz.
— Twoja miłość dla niej — rzekła margrabina — obudziła się, gdyś jej podnosił chusteczkę: otóż pozwalam, abyś mi podniósł podwiązkę.
— Z całego serca — rzekł Kandyd; i tak uczynił.
— A teraz, zapnij mi ją — rzekła dama; Kandyd znów był posłuszny.
— Widzisz, młodzieńcze — rzekła dama — jesteś tu obcy; paryskim wielbicielom każę niekiedy wzdychać dwa tygodnie, ale tobie gotowam ulec zaraz pierwszej nocy: trzebaż okazać gościnność młodzieńcowi przybyłemu z Westfalii.