— Widocznie — odparł podróżny — ta mała liczba wystarcza celom, do jakich Stwórca przeznaczył wasze małe pomieszkanie. Podziwiam we wszystkim jego mądrość; wszędzie widzę różnice, ale wszędzie także proporcje. Wasz glob jest mały, mieszkańcy również, macie niewiele wrażeń; materia wasza ma niewiele właściwości; wszystko to Opatrzność pięknie obmyśliła. Jakiego koloru jest wasze słońce, kiedy mu się dobrze przyjrzeć?
— Białego, o tonie silnie żółtawym — odparł mieszkaniec Saturna — kiedy zaś rozszczepimy jeden z jego promieni, znajdujemy, iż zawiera siedem barw.
— Nasze słońce wpada w ton czerwony — odparł Syryjczyk — posiadamy zaś trzydzieści dziewięć pierwotnych kolorów. Nie masz ani jednego słońca pomiędzy tymi, do których się zbliżyłem, które by było podobne drugiemu, podobnie jak u was nie ma ani jednej twarzy, iżby nie była różna od wszystkich innych.
Po kilku wywiadach tej natury mieszkaniec Syriusza zapytał, ile zasadniczo różnych substancji liczy się na Saturnie. Dowiedział się, iż jest ich ledwie jakieś trzydzieści: jak Bóg, przestrzeń, materia, istoty wymierne, które czują i myślą, istoty myślące, istoty przenikalne, nieprzenikalne i inne. Syryjczyk, w którego kraju liczy się ich trzysta i który w podróżach swoich odkrył jeszcze trzy tysiące innych, zdumiał nadzwyczajnie filozofa z Saturna. Wreszcie, skoro sobie udzielili nawzajem niewielu rzeczy, które wiedzieli, i wielu, których nie wiedzieli, skoro nadysputowali się z sobą przez przeciąg jednej rewolucji słonecznej, postanowili odbyć wspólnie małą podróż filozoficzną.
III. Podróż mieszkańców Syriusza i Saturna
Nasi filozofowie gotowali się właśnie puścić na fale atmosfery Saturna z wcale pięknym zapasem instrumentów fizycznych, kiedy przyjaciółka mieszkańca Saturnowego, zwąchawszy te zamiary, przyszła cała we łzach sprzeciwić się temu. Była to ładna, nieduża brunetka: liczyła tylko sześćset sześćdziesiąt łokci, ale nadrabiała nikłość wzrostu zręcznością i urokiem postaci.
— Ha! Okrutny! — wykrzyknęła. — Opierałam ci się przez tysiąc pięćset lat, a dziś, kiedy zaczynałam skłaniać się ku tobie, kiedy ledwie sto lat spędziłam w twoich objęciach, opuszczasz mnie, aby wędrować gdzieś w podróż z olbrzymem z innego świata! Wstydź się; widzę, że pobudką twą było jeno przelotne zachcenie, że nigdy mnie nie kochałeś: gdybyś był prawdziwym Saturnijczykiem, pozostałbyś mi wierny. Gdzie pędzisz? O co ci chodzi? Nasze pięć księżyców mniejsze są włóczęgi od ciebie, nasz pierścień mniej jest odmienny! Wszystko skończone dla mnie; nie pokocham już nikogo.
Filozof uściskał damę, popłakał się wraz z nią, mimo całej swojej filozofii; dama zaś, pomdlawszy trochę, poszła się pocieszyć z miejscowym fircykiem.
Tymczasem nasi dwaj ciekawscy puścili się w drogę. Najpierw skoczyli na pierścień, który wydał się im dosyć płaski, jak to bardzo dobrze odgadł pewien znakomity mieszkaniec naszego małego globu25; stamtąd dostali się z łatwością z księżyca na księżyc. Tuż koło ostatniego księżyca przebiegał kometa; skoczyli nań wraz ze służbą i z instrumentami. Przebiegłszy około sto pięćdziesiąt milionów mil, spotkali satelitów Jowisza. Dotarli na samego Jowisza i zostali tam rok, w ciągu którego nauczyli się wielu bardzo pięknych sekretów. Sekrety te byłyby już w tej chwili pod prasą, gdyby nie panowie inkwizytorzy, którym niektóre twierdzenia wydały się nieco drażliwe. Co do mnie, czytałem rękopis w bibliotece znakomitego arcybiskupa z ***, który z uprzejmością i dobrocią zasługującą na wszelkie pochwały pozwolił mi obejrzeć swoje książki. Toteż przyrzekam mu długi artykuł w pierwszym wydaniu Moreriego26, jakie ujrzy światło dzienne; nie przepomnę27 zwłaszcza jego dostojnych dziatek, które rokują tak wiele nadziei, iż uwiecznią pokolenie swego znamienitego ojca.
Ale wróćmy do naszych podróżnych. Opuściwszy Jowisza, przebyli przestrzeń około stu milionów mil i minęli planetę Mars, która, jak wiadomo, jest pięć razy mniejsza od naszej małej kulki. Ujrzeli dwa księżyce, które obsługują planetę, a które uszły bystrości wzroku naszych astronomów28. Wiem dobrze, że ojciec Castel29 rozpisze się, i nawet wcale dorzecznie, przeciw istnieniu tych księżyców, ale zdaję się na tych, którzy rozumują za pomocą analogii. Ci dobrzy filozofowie wiedzą, jak trudno byłoby, aby Mars, który jest tak daleko od Słońca, obszedł się mniejszą ilością księżyców niż co najmniej dwoma30. Jak bądź się rzeczy mają, podróżnym naszym wydało się to wszystko tak drobne, iż lękali się, że nie będą się mieli gdzie przespać; przeszli mimo, jak podróżny, który wzgardzi lichą karczemką wioskową i woli dobić do najbliższego miasteczka. Ale Syryjczyk i jego towarzysz pożałowali niebawem swego kroku. Wędrowali długo, nie spotykając nic. Wreszcie ujrzeli małe światełko; była to Ziemia: politowania godny widok dla ludzi przybywających z Jowisza. Mimo to, z obawy, aby nie musieli żałować drugi raz, postanowili wylądować. Przeszli na ogon komety i znalazłszy zorzę północną tuż tuż, usadowili się na niej i spuścili na Ziemię, na północnym brzegu Morza Bałtyckiego, dnia piątego lipca roku pańskiego 1737 nowego stylu31.