— Po czym poznajesz?

— Nie wiem jeszcze; ale te wiersze nie idą mi do ucha ani do serca.

— Och, wiersze to najmniejsza — rzekł Gordon.

Prostaczek odparł:

— Po cóż zatem pisać wierszem?

Przeczytawszy z wielką uwagą sztukę, jedynie z myślą znalezienia w niej przyjemności, patrzał na przyjaciela suchymi i zdumionymi oczyma i nie wiedział, co powiedzieć; wreszcie, naglony, aby zdał sprawę ze swych wrażeń, rzekł:

— Nie rozumiałem zupełnie początku; środek oburzył mnie; ostatnia scena wzruszyła mnie mocno, mimo iż zdała mi się mało prawdopodobna: żadna z osób nie wzbudziła we mnie sympatii i nie zapamiętałem ani dwudziestu wierszy; a zazwyczaj pamiętam wszystkie, które mi się podobają.

— A jednak sztuka ta uchodzi za najlepszą w naszym teatrze.

— Jeżeli tak — odparł — spotkał ją los wielu ludzi, którzy nie warci są swoich stanowisk. Ostatecznie, to rzecz smaku; mój widocznie nie jest jeszcze wyrobiony, mogę się mylić; ale wiesz, że zwykłem mówić dość szczerze, co myślę, a raczej, co czuję. Podejrzewam, że w sądach ludzkich niemałą rolę gra złudzenie, moda, kaprys. Mówiłem wedle mej natury; być może, iż we mnie natura jest bardzo niedoskonała; ale być może także, że większość ludzi za mało zasięga jej zdania.

To rzekłszy, zaczął powtarzać wiersze z Ifigenii, której był pełen; mimo że nie umiał pięknie deklamować, włożył w nie tyle prawdy i przejęcia, że wycisnął łzy staremu janseniście. Odczytał następnie Cynnę95: nie płakał, ale podziwiał.