Na spokojną twarz Leny rzuciły się krwawe pąsy. Zagryzała usta; nie przemogła się jednak i odrzuciła podrażniona w tymże języku, w jakim do niej przemówiono:

Oo! — vos bretelles alors169!...

Jak gdyby ten jeden, tak pospolity szczegół mężowskiego negliżu przepełniał ostatnią, błahą kroplą czarę zawstydzenia i gniewu.

A zza portiery rozległo się w brutalnym niepohamowaniu:

— Skądże, u diabła, mogłem był wiedzieć! O tej porze!

Dziewczyny ogarnął popłoch: poczuły tchnienie władzy pana. Całowały zdawkowo Lenę, aby pomknąć się co rychło ku drzwiom: prawo przynależności czyniło je instynktownie kornymi.

Pochwyciła je za ręce.

— Na litość boską, przecież nie pójdziecie tak natychmiast!

A uprzedzając nowe uderzenie rumieńca, ukryła twarz w dłoniach.

I tak stała oparta o poręcz swego łoża: negliżem barwna, ramionami i piersią goła.