— On mówił...
— Mówił sam? A widzi pani!
— O młodych mówił.
— Młodość nie powinna na naukę do grobów schodzić. To nie jest szkoła życia.
— Panie, na miłość boską, toż on jeszcze żyje! Ot, tam idzie. Może i słyszy nawet. On wszystko wie, co się tu dzieje.
— Hę?!... — baron błysnął zezem podejrzliwym. — Nie, nie słyszy — opanował się natychmiast. — Daj mu, Boże, jak najdłużej życia. Tylko na to pojenie starczym pesymizmem duszy młodej, osobliwie przyjaciółki mej żony, nie bardzo mogę pozwolić. A za sędzię również go sobie nie obiorę. Powiadają, że należy żyć dla tych, którzy po nas przyjdą, ale nikt jeszcze nie pouczał, żeby żyć dla tych, którzy przed nami byli. Przeto, cokolwiek on mógł tu pani opowiadać o ludziach i sprawach... „Bourgeois” raczy nas obzywać178 przed służbą pan major francuski... Z awanturniczego życia pana majora po świecie mamy tu wszyscy w rezultacie tyle — (baron pokazał figę) — a jego rozumienie naszych konieczności oraz intencji równa się temuż. Gdyby cała przeszłość spoglądała na nas z aprobatą lub nie, mielibyśmy w zysku lub stracie tyleż. — (Tu baron pokazał trzecią figę.) — Jeśli nam tu nikt ręki nie poda, to oni, oni najmniej.
— Jacyż to „oni”? — pytała głucho.
— No, przeszłość, myślę.
Obejrzała się mimo woli poza siebie ku drzwiom otwartym.
Oto wyprowadzają go tam przez salon długi; kołacze się w swych kijów postuku i mruczy coś pod wąsem długim, na co nikt nie zwraca najmniejszej uwagi: wlecze się właśnie jak ta przeszłość ogłuszona i oniemiała pod twardą ręką trzeźwości i odprowadzona precz, jakby na przechowanie do nowej okazji odświętnego respektowania.