Wzrok jej wbił się w to miejsce na dywanie, wplątał się w jakieś jego arabeski i nie mógł się z nich wyrwać, trwodze samej na przekór.

A równocześnie odżywała w pamięci ta Woydy opowieść, powtarzana niedawno ustami Leny: o życiu zaklętym w bezruch i fałsz, o serc kobiecych zakłamaniu urocznym. Słuchała tego niby bajki na pół znanej o pięknej młodości zaklętej w szklaną trumnę: o tym, że gdy serce kobiety zastygło, cały świat zamarł w bezruchu... Wyciągnęły się wtedy ręce po ten ponętny owoc piękna, usta nazbyt prędko rozgryzły w nim robaka. Bo jakiż to osad został po tym wszystkim z onej wyobraźni kobiet, która za życie im stała, piękno wysokie roi, a zło w dopuszczeniach myśli wylęga potworne. Oto powracały do pamięci te diabły, co jak złośliwe małpy powdrapywały się na wieżyce kościołów i wychylają zza każdej wnęki swe złe mordy, by tam, gdzie wieża urywa się, nieba nie dosiągłszy, by tam właśnie...

Otrząsła się grozą.

„Nie sąż to kobiety?” — przyniósł dziwnie błysk przerażenia.

„Najczujniejsze, przeczuwające sumienia życia!” — odwróciła się myśl na wspak przypomnieniem i tych słów Leny.

W zalęknieniu instynktów stawała przed nią właściwa tajemnica życia: zagadka samej siebie.

I ogarnęła ją po raz trzeci już tutaj niesamowita trwoga przed złem zatajonym w myślach i czuciach. Jakby za każdym słowem, śmiechem i porywem wśród tych ludzi, za każdym oddechem wśród nich zaczerpniętym przybywało tego niepokoju. Zaś to, co mówił baron — nie przypominaż się to, mimo wszystko, mrowiem niepewności? nie wiedzież hardą żądzą szczęścia w dymne kłęby na pół zrozumiałych wzgard i nienawiści dla tego szczęścia wrogów: hien i szakali, jak ich obzywał189?...

Pośród tych tu ludzi z początkowych słów, śmiechów i porywów błahych czyniło się już usypisko ruchome gdzieś ku dołom rwącej lawiny.

A w tym zalęknieniu — Lena, która po swych górnych opowieściach tak rychło u boku męża dręczyła siebie niżącym myśli dopustem, że oto w przechodniego mężczyzny ramionach i gdzie indziej leży: ta Lena wiedźmą wydała jej się w tej chwili. I oto gdy zimne ciało wiedźmy teraz może znów swą służbę sprawuje, coś się od niej ptakiem odrywa, w ponocnego nietoperza wraz zamienia i tu się oto błąka — pod drzwiami — gdzie on skończył... Zaś tamta, druga, z jej dygotem i trzepotaniem się zwichrzonego życia — strzygą jej się wręcz wydała.

Te myśli urojenia, czepiwszy się rozjątrzonej wyobraźni, prawie że zwidem się stawały. Owe ćmy i nietoperze, które czaiły się tu jakby po ciemnych kątach na każdą chwilę wyczerpania, zjawiły się znów — tym razem z taką siłą, że stają się dla oczu rojem cieni błąkających się cicho w oćmie pokoju.