Szła ślepa wciąż, te zielonawe wybłyski szakalich ślepi widząca jeno naokół. Póki w tych korowodach wśród ćmy tajemnic nieprzejrzanej nie ujrzy ludzi jak cieni, zszeptujących się ze sobą z cicha; potem gromady ich całe, wreszcie tłum wielki jak chmurę. A w rozchwiei głów, dla wzroku w plamy zatartych, w morzu twarzy niewidnych — gdzieś, hen, jak świeca jasna: Wandy oblicze blade. Lecz oto przed te tłumy wyskoczy on z karabinem w ręku. „Mam jeden!” — krzyknie. A którzy bliżej, sarkną wzgardliwie, tłum za nimi szumi jak morze. Te groźne pomruki i rozchwieje gromady, powietrze skier i płomieni pełne rozdarły przed nią wszystkie tumany uczuć w jasność zachwytu: wyrzuciły się ramiona ku górze i zaklaskały ręce szalone.
A oni sarkną.
„W śmierć ty nas owczą, na zatracenie!”
„Kolejno pójdziecie: «jako te kamienie, jeden za drugim...» Też ja wam wprost jakby z książki: wedle wieszcza czynię” — rzucił im z pogardą.
„Za kamieni kupę?...”
„Ku czemu was matki rodziły, nie wiedzą pewno same. Ledwie przypomną, dlaczego na świat wydały; wspomną z marzeniem lub chichotem. A im, kobietom, co — w jakie nas życie miotnęły? Ku czemuście wyrośli, wiecie sami dziś. A do czegoście zdolni, wiem ja. Ja jeden wiem, co życia bezruch na bezduchach płodzi: jakie dzieci te matki rodzić zdolne. I ku czemu? Nim się matki wasze dowiedzą, ku czemu was rodziły, tę im psotę czynię, że się zwiedzą przypadkiem, iż zrodziły... bohaterów!” — wyrzucił im jakby z ręki pogardliwej przy zębów zacisku.
Zgubi go na chwilę sprzed oczu w głowy opuszczeniu, a gdy go wzrokiem nad tłumem szuka — ujrzy hienę włochatą i jej pysk wprzódy rozziewany, teraz w kłach wybłysku rozwarty pod ołowianych oczu twarde zapatrzenie.
„Chodź! uchodź od nich precz! Nie leź w tę ich robotę. Wandę ja znałam, na pokucie znałam... Widzisz: desperacja to twoja, ten z dzieckiem w myślach frasunek, zgłuszony gromadnych spraw zamętem, przecie na dnie duszy kobiecej żył najbardziej. Takie my już z natury. I tak cię one frasunki grozą przypomnień i rozpaczy błyskiem wprost i w ręce nawiodły — po ciemności. A Wandę znałam, pod kluczem znałam. Nieraz jej mówię: «Za mężczyznami lazłaś pani w to: wiesz czy nie wiesz. Każda z nas, kobiet, wszystko, co robi, to przez tych drani tylko. A same my: to albo za mąż się dać, albo... się. Tyle tylko potrafimy z siebie...» A i ty nie leź do nich! Oni właśnie na takie jakby zaczajeni: która nie wie, kędy w życie, a odważna z siebie. Podjudzą, do białego żaru rozpalą i kamieniem cisną, gdzie im trzeba. Napatrzyłam ja się tych sokołów, gdy w sępy po klatkach zamienione tuczą wątrobę wspomnień... Że też nie trafili na podjudzoną sokolicę, na samicę zbestwioną, która mścić się zechce, jak to kobieta: na sobie, że otrzeźwiała, na nich, że zawiedli — i w klatkę zamknięta, sama sępem w ich wątrobę wspomnień sięgnie... Hu!... źle by było!...
A ty nie drżyj! I nie trzep się tak ramionami, nie wyciągaj rąk błagalnie. Tu ci nikt ręki nie poda. Nie bój się, nikt!”
„Przypominam! — odpowiedziała oddechem głębokim. — Stary mówił: Nikt ręki nie poda!...”