— Dusze nieme. Jak kwiaty w polu. Żyją przecie one najczujniej.

„Mówiła Lena podobnie” — miała już na ustach, gdyż teraz dopiero tchnęło ją instynktownie i pokrewieństwo myśli, i podobny tok rozmarzeń.

— Ty znałaś Woydę? Prawda! Przypomi... — mówiła powoli, w miarę jak się jej oczy w coraz to większym zdziwieniu i smutku zapatrywały w Wandę. — Przecież ja wszystko rozumiem. I wiem nawet wszystko. I o jego strasznym końcu przez tamtą! I tę rzecz jeszcze straszniejszą wiem teraz — zwlekała w mówieniu pod zdziwienie myśli coraz to większe — że wszystko lepsze w tęsknotach tych ludzi, a co oni tak zamącili... Ja na źródło tego wszystkiego trafiam teraz ślepa! Jak to oni powiadali? „Prawdziwość uczuć?” Tyś ją tylko dawała życiem całym, uczuć cichością i jeszcze większą ciszą tego, coś czyniła, więzieniem twoim, krwią z ust plutą. I wszystkim, czego ja nie wiem. I wszystkim, co będzie. Jak oni to nazywali to drugie? „Sumienie ruchu?” Powiedz!... Ty niema. Rozumie się. Ty na śmierć nawet nie miałabyś słowa przerażeń, tylko uśmiech może smutny. A oni wszyscy są z kłamstwa słów! I kłamstwa wyobraźni, która się rodzi... O, z niesytości dosytów chyba! By płodzić w myślach rozkosze większe od zaznawanych. Och, ja pamiętam każde słowo z tego, co Lena wtedy opowiadała. I rozumiem teraz dopiero. On miał słuszność.

— Kto taki?

— Diabeł — zaśmiała się ostro.

Lecz niebawem i na śmiech nawet nie stało w pasji. Dłonie tylko to rozczepiały się palcami, to zaciskały się w kułaki.

— Mówił, że „purpura marzenia” to jakby Leny negliż strojny. Że to także ze zmysłów i dla zmysłów. Bo inaczej nie byłoby to ani marzeniem, ani wyobraźnią, ani pięknem przecie. A straszna jest ich robota, powiadał, nad naszymi duszami młodymi.

— Czyja?

— Hien tych. I tej ostatniej także.

— Jakiej?