— Zaś o szatanach trzeba tu młodzieży prawić gęsto: wyziębły bo dusze na człowieczeństwo w sobie pełne, które i surowe właściwości mieć w sobie winno. Nie mają tu ludzie dobrego sumienia w czynie twardym. Jest jedna rzecz, która to dobre sumienie zawsze daje: komenda gromadzie. Gdzie jej nie ma, tam trzeba w ludziach podtrzymywać to, co dzielności wprawdzie nie tworzy, rodzi za to... no! — „zachwat200” czynem. Trzeba w nich podtrzymywać...

— Złe sumienie romantyków! — wpadł mu gwałtownie w słowa.

Ruszyli wreszcie. Wanda, oczekująca na nich na uboczu, przesyłała tymczasem ukłony w stronę najbliższego okna na parterze.

— Przyjdź do mnie zaraz, jak tylko będziesz mogła. Czekać będę u siebie.

Pod ostre światło poranku widniała za szkłem zatarta sylwetka głowy dziewczęcej i dwie dłonie na szybach przypłaszczone, jak dwa białe skrzydła u czoła.

Na pierwszym zakręcie ulicy oczekiwało na Komierowskiego dwóch młodzieńców, bodajże w tej sprawie, w której wysyłał było służącego na swój czwartak. Profesor przypomniał sobie te twarze: byli to wśród gości dzisiejszych owe dwa łazęgi europejskie, panowie Mikulski i Bogdanowicz. W miękkich, nieco druciarskich kapeluszach, z kołnierzami palt nastawionymi w przymrozku poranka przyłączyli się do nich milczący, ledwo pozdrowiwszy pomrukiem.

Profesor nawykły do bardziej respektownego obejścia ze strony młodzieży począł rozmyślać nad tym, jak to tu wśród młodych zatraca się wszelkie poczucie hierarchii, przede wszystkim intelektualnej. Wszystko to zda się u nich dotyczyć tylko obcych: swoi są swoi — i kwita! bywają burżuje i proletariusze — i tyle!... Przypatrywał się wprost z niepokojem surowym obliczom młodzieniaszków. „Jak to wszystko samopas po szerokim świecie chadzać musi, samokwitle się rozwijać, nieufne wszystkiemu, co im potakiwań nie obiecuje. I jaką ponurą fatalność ma to wypisane na swych czołach młodzieńczych”.

Jęła go niecierpliwić niedostępność tych „smarkaczy”, jak myślał. „Co te serca otwiera, co je rozgrzewa?” — pytał się w duchu. I tym niepokojem kierowany zagadnął poufale o to i owo, zrzuciwszy pychę godności z siebie. Ale oni pamiętali mu dobrze jego opryskliwe i twarde zbycie ich prośby o doradę w sprawach „studiów społecznych” dla osłodzenia sobie omierzłej „techniki”: odpowiadała ozięble młodzież chmurna. Czuł mur między sobą i nimi. „Czyżby — myślał z przerażeniem — czyżby mur taki oddzielał tu już... pokolenia oba?!”

Żywszy z tych dwóch młodzieńców, pan Bogdanowicz, rozkrochmalił się wreszcie:

— Cóż tam... w Krakowie? — zagadnął.