— Tfu!
— A no, żywi to się, czym może, jak te psy w Konstantynopolu, nie tyle z łaski ludzi, ile śmieci.
— Ojca masz? — pytał surowo profesor.
— Ni.
— Gdzieś się rodził?
— W szpitalu.
Ta osobliwa konkretność odpowiedzi rozśmieszyła kogoś. Chłopak poczerwieniał w jednej chwili aż po uszy, draśnięty ambitnie tym śmiechem.
— Czy to źle? — zaniepokoił się żywo, przeskakując oczami z jednej twarzy na drugą.
Wśród opieszałych po bramach bab i Żydków ruchliwych na ulicy wszczął się tymczasem jakiś nagły niepokój: podrywało to się jak wrony, biegło przez ulice, kupiąc się zgiełkliwie przy jednej bramie w oddali. Jakby kto kamień w mrowisko rzucił: w mało ludnej przed chwilą ulicy zagęściło się nagle od chałatów, babich kiecek, dzieciaków pędzących tabunami. Czynił się gwałt wielki i zakotłowanie wrażliwych tłumów podmiejskich.
„Lokatur!...” — słychać było poszmerem słowo dziwaczne w tym zamęcie.