Potworny wiew odziczałego motłochu teraz dopiero wstrząsł go całego odrazą. Chwycił się za głowę i odstępował na bok. Najchętniej zamknąłby oczy, by nie widzieć tych wszystkich rozbestwionych, jak odczuwał w tej chwili, ślepi naokół.

— Co znaczy u tej dziczy słowo „lokatur”? — zżymał się wstrętem, odgadując i w tym jakąś ohydę.

Roześmiano się.

— No, taki, co mieszka kątem przy robotniczej rodzinie — pod oknem lub piecem: lokator zwie się. Musiał to być numer nie lada, skoro to niewyszukane stanowisko życiowe stało się dlań zawołaniem bohaterskim i siało grozę wśród tych ludzisk ciemnych.

— A, dajcież mi pokój! — splunął tylko w odpowiedzi. — Wszystko to razem — jedna kanalia, bonne pour être mitraillé206 przy pierwszej sposobności...

— Te, cyliender, nie gniwaj się! — rzucił mu jakiś przechodzący robotnik. I wyciągniętą łapą byłby mu wbił kapelusz na czoło, gdyby go w porę nie odepchnięto. Odrzucony mocno na mur, przyjął to dobrodusznie i poszedł spokojnie dalej.

— Nie gniwaj się! — wołał tylko raz jeszcze.

Profesor nie raczył się nawet za nim obejrzeć.

— Ahańcza! — syknął tylko przed się, w tłum. — Ile w tej tłuszczy skośnookich mord! ile tatarszczyzny, ile Wschodu wszelakiego domieszać się tu musiało krwią — a duchem ile chama wschodniego w ten zbarbaryzowany motłoch nasz! Ile tu faktorstwa głodnego, ile rozwałęsanego bezczynnie łachmaniarstwa i chałatów! — ile wilczych spojrzeń spod łbów podejrzanych! — ile niuchów węszących! — ile waszeciowatych jakichś postaci, tkwiących jak posągi pod szynkami: ile tu rąk bezrobotnych w tym nędzarstwie!... Czyż trzeba wyraźniejszego piętna i stygmatu Wschodu na tym cielsku nędzy wszawym!

— Czy ten oprawca dobrowolny — rzucił się nagle z odrazą — rychło skończy swą robotę junacką? tę swoją „grzankę”?... I jakież słówko miłe swojskie wynaleźli swym instynktom ścierwnym!... Bójcież się Boga — chwytał się znów za głowę — pomyśleć, że to wszystko jest nasze!...