— O, on jeszcze młody i płochy, nieustalony życiowo: nie lożuje nigdzie.
Profesor spojrzał spode łba na Komierowskiego. „Toż tobie samemu chrapy w tej chwili chodzą!” Ohydnym było dlań to dziwne podniecenie jego w tej chwili.
— Ale, dałby pan wiarę! — wołał ten tymczasem — chłopaczysko, gdy go tu niegdyś szukano, sypiał czas jakiś w kaplicy pogrzebowej.
Franek zarumienił się znowu po uszy i rozbiegał oczami po obecnych: takie mieszkanie zdawało mu się znów ośmieszać go przed ludźmi.
— O, ja się umrzyków nie boję — ratował brawurą swój ambit.
— Za to będą się ciebie bali niezadługo żywi — mruknął profesor w brodę.
— „Umrzyków!” — śmiał się Komierowski szerokim basem.
W tym ożywieniu jego niezdrowym wśród krwawego motłochu, przy odgłosach zwierzęcego kwiku katowanego krzywdziciela nędzy, w tych konceptach i śmiechu w tej chwili odgadywał profesor, myślami jeszcze nieobjętą, a przecież już wyczuwalną, ponurą perwersję smutku, co przeżerała serce do dna ostatniego i łechce się w ożywienia nagłe już tylko krwi pomściwej zalotem. Także... „śmiech czerwony” — myślał.
„Oto gdzie najzasobniejsze, choć najbardziej mętne wody tobie, rybaku! — gdzie najobfitsze dziś junactwo dla ciebie — wnuku, prawnuku!...”
— A pani, panno Wando — zwrócił się w głos do niej — uważała, że najpilniejszą potrzebą jest tu... Wszak to pani zbierała tę młodą hołotę u siebie, entuzjastko alfabetu?