— Zacznijcież swoje! „Chodziła czapla po czerwonej desce...” Ale ma pewno takie miejsca, gdzie się urządza, zagospodarowywa208, a z sobą po niewoli209 i kraj cały, gdzie się konsumuje, wytwarza potrzeby liczne i wyższe gałęzie zatrudnień, gdzie krąży, dzieli się, rozpada, gromadzi — ta nagromadzona stąd praca. Odbywa się to wszystko we Francji, Belgii i Niemczech. Te kominy czerwone to wielkie ryje, wielkie ssawki pracy przyssane do tej ziemi na cudze korzyści. Nasze jest to, co było tam po zaułkach... I nie nudźcie już o tym!

Ale młodym panom nie było do zamilknienia: dysputa teraz właśnie rozpętała się między nimi na dobre.

— Ot, spojrzyjcie! — przerwał im, wskazując na chlapiący błotem powóz — jedzie taki cudzoziemski dygnitarz kapitału: explorer na Murzynach. I dałby kto wiarę, że to jest Francuz! Patrzcież, nie raczył się nawet odkłonić tamtemu poczciwcowi. Czy taki bonhomme z fizjonomią paryską byłby możliwy u siebie w tym potwornym odęciu się pychy? Mais, mon cher monsieur Duval, qu’avez vous donc? Polskaż to pana tak rozdęła pogardą?... Nie, panie, nie kłaniamy się. To spojrzenie!... Przejechał. I z Bogiem. Do miłego zobaczenia się — w milszych czasach lepszego respektowania.

— Hę? — błysnął nań profesor zezem nad szkłami.

— Nic to. Westchnienie pobożne, oby... „wiedzieli narodowie, iż ludźmi są”.

— Za zaułki tamte? Bacz pan, by one decydować nie poczęły i za was.

— Jakoś się zgodzimy.

— Boję się, by nie wynikły stąd sprzyczki oraz grzanki — i między wami. Panowie Mikulski i Bogdanowicz — z twarzy czytam — już są gotowi do wywodzeń opozycyjnych. A „grün ist jede deutsche Theorie210” przy takiej jak tu polskiej praktyce.

Nieokreślony wiew nowego zamętu na ulicy kazał im niebawem zamilknąć i obzierać się w dal. Zatrzymywały się tam rozturkotane dorożki i zjeżdżały na boki. W głębi ukazał się tłum gęsty. Słychać było jakiś śpiew głuchy.

Ludzie obcy! — długowłose, brodate, stepowe twarze: chłopi w czarnych sarafanach211 i podkożuchach pękatych. Szła ta ciżba bezładną kupą, pomrukując z cicha. Płoszona miejscem i wyglądem ludzi dla się obcym, śpieszyła truchtem owiec, doganiana po bokach przez odpadające raz po raz, gapowate i przerażone brody. Szli, a raczej dreptali, świecąc jasnymi wiechami obnażonych głów i kupiąc się szczelnie koło kilku wielkich chłopów o rozwianych ryżych brodach. Pomruk basowy kołysał tym tłumem. Słyszało się to niby nasze zawodzenia pogrzebne: raz milknące w sennym pomruku kleryków, to znów podrywane melodyjnym rozjękiem księżego chóru.