— Nino! — woła biegnąc.

Lecz oto wyrwało się znów akordem pełnym z bezładnego zgiełku tłumów.

„...świętą a pra-a-wą!” — poniosło tym razem ekstazą zgodną.

Doświadczył przelotnie dziwnego wrażenia, że przestaje tu reagować własnym czuciem, że zapalność wspólnego już nerwu otumania mu głowę. Pchnięty gromady jakiejś naporem, nie tylko że ustąpił łatwo, lecz wpadł krokiem surowym w jej rytmy... Raz! — raz! — raz! — zabębniła marszem krew w żyłach ruszona.

Opamiętał się przecie, odął godnością i chciał się od tej ciżby usunąć precz, gdzieś na boki.

Raz! — raz! — raz! — ponosił go następ mas ludzkich zwarty.

W mrowiu szarym postaci jak kloce ciężkich mignęło coś strojniejszego i giętkiego zarazem. Poznał! — ta druga dziewczyna widziana dziś na salonach tamtych. Wyższą zdała się teraz w swym stroju ciemnym i bardziej zwartą w chodzie. Futrzane błamy kołnierza, przerzucone przez ramiona w tył, a rozchwiane w tym tempie, jaki kołysał, zda się, ulicą całą, dodawały sylwecie — już na oko — rytmu mocnego. Z rozgarem w oczach i na twarzy kroczyła przed najbliższą sobie gromadą ludzi, mimo woli w nią zapatrzonych i fascynowanych tym szparkim krokiem młodości. Ptasimi ruchami niespokojnej głowy obzierała się na nich wszystkich, biorąc od nich w zamian całą burzowość chwili w rozdęte nozdrza.

— Wanda?! — zaklaskała nagle w ręce.

Tłum je objął, wtulił w siebie.

Profesor znalazł się sam wśród obcych naokół twarzy: to zamącenie mrowia ludzkiego rozbiło mu kompanię, a samego Bóg wie gdzie w tłoki wepchnęło.