W słońcu, dzięki Bogu!
Zastanowił go przede wszystkim ten szept po tłumach bab i robotników, że wojsko sprowadził „lokatur”. Znaleźli się tacy, którzy gotowi byli przysięgać, że go widzieli w tłumie kulejącego, z opuchłą gębą, jak zachęcał do śpiewu i jak potem strzelał dla pogorszenia sytuacji, której, rzecz oczywista, nic ani pogorszyć, ani naprawić nie mogło w tej chwili ostatecznej. Nie dawał wiary tym gadkom, będąc pewny, że osobnikowi przez Jura tam w zaułkach obijanemu przez długie miesiące zrastać się będą kości. Zastanowiły go jednak te małoduszne gawędy ludzi zahukanych grozą oraz ta wyobraźnia tłumów podrażniona, która pierwszym impetem szuka zdrajców i stwarza własne potwory moralne, obdarzając ich nadprzyrodzonymi siły. Padały i tu pierwsze ziarna zasłychu, te grozą tajemniczości i zła najbardziej rozsiewne, niosące niepokój w życie, wyważające je z bierności, docucające się sił w rzeszach bezwładnych stokroć pewniej niźli wszelkie agitacje.
Tworzyło się tu ponadto coś wiodącego głębiej w tajniki dusz ludzkich — wypotwornienie zła w potęgę, jego demonizacja: rodził się zawsze nowy szatan — na fascynację żywotności bezładnych i sił bezsterowych w duszach lichych; splatała się na nowo ta sieć jego fatalna, która onymi czasy nie tylko wyławiała, ale i tworzyła zdrajców wiary wspólnej: wiłów i czarownice.
Wreszcie uczynił się na podwórzu ruch ludzi nowo przybyłych — spokojnych i rzeczowo krzętnych. O tym, co tu zaszło, nikt nie wspominał: nie w tym, zda się, rzecz była, lecz ustawianiu się, szykach, porządku i papierach.
Jako profesora i za pasportem225 cudzoziemskim, puszczono go natychmiast. Innych ustawiono w szeregi na uprowadzenie. Upewniano go zresztą, że dla formalności jedynie i osób sprawdzenia, bo choć i na sąd z czasem przyjść może, to wobec wszczętej wojny — gdzie! kiedy! Wloką się takie sprawy latami, a zatrzymywać nie ma powodu. Strzelający i prawdopodobny prowodyr nie żyje już; właściwych zaś sprawców wszystkiego, owych pielgrzymów, już uprowadzono i załatwią się tam z nimi osobno.
Objaśniano mu to wszystko bardzo uprzejmie, nie tyle ze względu na jego profesorską godność, ile na stojącej opodal Niny urodę i oczy gniewne.
— Pasport! — zaszczękano przy niej chwacko ostrogami.
— Czego jeszcze?!
Odrzucił głowę w tył i nasrożył się obowiązkowo.
— Pan myśli, że ja się pana boję?