Dowiadywał się tedy pułkownik z tej żmudy52, że korespondent berliński ma sobie polecone od grupy kapitalistów, „interesujących się sprawą komunikacji u nas, wybadanie gruntu w rzeczach tej kolei okolnej — nie tyle finansowego, ile...” Wprawdzie koncesja wydana jest „spółce obywatelskiej”, w tym charakterze pragną ją tam widzieć, ale miejscowe czynniki może będą bardziej ustępliwe dla tej nowej, berlińskiej kombinacji...
— Mój kochany pułkowniku!...
— Zrozumiałem.
— Jest i druga sprawa. Ludzie zaangażowali się w te place w śródmieściu majątkami całymi, a o ulicy ani słychać. („Zresztą i pułkownik masz53 przecie swój dział”.) Należałoby tę sprawę pchnąć argumentacją, jaka tam trafi do przekonania. Ulica otworzy okazałą perspektywę na cerkiew, przesunie ku niej niejako dzielnicę całą i nada miastu przez to pożądany może charakter. — Et caetera i tam dalej! — brzmiało najwymowniej z tego wszystkiego.
— Zrozumiałem.
— Mój kochany pułkowniku!
I gospodarz położywszy mu rękę na ramieniu sterował pułkownikiem jak nawą54, holując go przez rojny od gości pokój do sąsiedniego bufetu.
— Mój kochany pułkowniku!...
— Zrozumiałem! — zaśmiał się pułkownik tym razem. Ale gospodarzowi nie było do jego złośliwości. Zaczepił go kilkoma słowami do kogoś z obecnych, mrugnął na służbę i wymknął się rychło.
Pułkownik wolał jednak pozostać sam.