Pułkownik drgnął i roztworzywszy już usta kazał długo czekać na słowo zdumienia.

— Komunard?! — szepnął wreszcie.

W energicznym zwrocie w stronę sąsiada pchnął mocno czyjeś ramię; ujrzał wielką rękę w białej nicianej rękawiczce i wygoloną twarz.

— Beaujolais? Pontet Canet? Mouton Rothschild89? — usłyszał recytację pytającą. Lecz że całą uwagę miał w tej chwili zwróconą gdzie indziej, machnął tylko niecierpliwie dłonią na znak, by zostawiono go w spokoju.

— I jemu wolno było wrócić? — zagadnął wciąż jeszcze wzburzony.

— Beaujolais? Pontet Canet? Mouton Rothschild? — usłyszał tylko po raz drugi i nieco dalej, gdyż Wojciech Stanisławowicz zajęty był właśnie rozważaniem tamtych pytań.

Więc przeniósł oczy na to czoło gromniczne i wąsy zaporoskie pod niedomkniętym dziobem twarzy. „Oni tu jak Egipcjanie z mumią do stołu siadają — pomyślał po chwili. — Nie dziw, że takiemu pozwolono wrócić” — tłumaczył sobie bezwiedną udrękę dezorientacji w rzeczach prawa.

Pozostawiony przez chwilę sobie (Wojciech Stanisławowicz wciąż jeszcze nie mógł się zdecydować na markę i flaszę), pułkownik obiegał spojrzeniem obecnych, szukając Niny po zapamiętanej barwie sukien. Lecz oto w drugim końcu stołu ujrzał wyniosłą postać gospodarza i ostre jego baki. Stoi sztywno i, udając zajętego szeptaną rozmową z gościem tyłem do niego siedzącym, kierował służbą zaledwie oka jednym zmrużeniem i lekkim wykrzywieniem rybich warg w jamie włosów. „Jak to u niego tu sprawnie wszystko idzie — podziwiał pułkownik — i jak spokojnie. Także «jenerał» — ichniego tu dziś życia”.

I z dobrozacną złośliwością w siwych oczkach rozglądał się dalej, zatrzymując wzrok tym razem na pięknej wnuce starca. Niebawem zadumał się nad tym, jak ta kobieta urasta, szlachetniejszą i jeszcze piękniejszą się wydaje w chłodnej pozie reprezentacji. „Tu dziad! — myślał — tam stryj! tu brat! kto wie, czy nie z takichże. A tam jeszcze przodkowie pod Jeną czy Somosierrą; dawniejsi może i na Kremlu byli... Nu, i baronowa Nieman! — zakołysała mu się broda — reprezentująca męża geszefty90 i pychę”.

— A ty mi z twą łapą w pierczatce91 nicianej pod bok nie leź! — wybuchnął nagle w purpurowej pasji. — I nie gadaj mi w koło to samo: wszystko jedno, ja się nie znam. A ja nie Polak: udawać nie będę. Wyuczyliż papugę po francusku!... Ot, Wojciech Stanisławowicz niech poradzi. On na Litwie znawca pierwszy; po przodkach ma piwnicę sławną.