— Bój się Boga, Nino, co ty gwiżdżesz?!

— A ty skąd to znasz? — odpowiedziała opryskliwie, pokazując gniewnie czubek języka.

I zawstydziły się obie.

Stąd nawrót smutku jeszcze gorszy niż przedtem. Wanda doczekała się wreszcie: oto łzy wielkie zakręciły się wirem gwałtownym w oczach Niny; porwała się tedy z miejsca, by ją ramionami ogarnąć. Lecz Nina żachnęła się jej w rękach, chwytając kurczowo za oba ramiona.

— Ach, zostaw mnie! Bo ja bym w tej chwili coś złego chciała komu zrobić!

— Komuż to?... — rozchyliły się szeroko fioletowe oczy Wandy. — I za co?...

— Ach, wszystko jedno komu! Wszystko jedno za co! Zostaw mnie. Ty wcale nie jesteś kobietą. Ja nie umiem myśleć potulnie.

Przez pokój przeszło w pośpiechu kilku młodych panów: po dwóch, po trzech, zaszeptanych gorączkowo. Wanda usłyszała jakieś słowo i zbladła nagle.

— Gdzie są?! — zagadnęła poufale jednego z przechodzących.

— W przedpokoju — brzmiała prędka i przyciszona odpowiedź.