— A wam, panowie — przerwał im na samym początku Hertenstein i schwycił za kieliszek — wam niech żyje kawiarnia — ta kwarantanna cierpliwych, ambitnych a bezpłodnych! Tu możecie do woli pisać, malować i rzeźbić językiem. Bo wszak my wszyscy tak bardzo oszukiwać się pragniemy! Wymawiamy „sztuka” to, co się pisze: „vanity fair68” — „szał miłości”, co się pisze „obskurny heteryzm” — „przyjaźń” — co każdy pisze „zawiść” — czytamy „indywidualista”, gdzie rozsądek pisze „zbłąkany filister”.
— O!... O!... — wszczęły się szemrania przy stole.
— Jest tu człowiek małoduszny, co drwić z siebie nie potrafi! — huknął Müller i uderzył pięścią w stół, aż się kieliszki zatrzęsły.
— Bądźcie mi bardziej szczerzy! — prosił Hertenstein. — Wszak wy wszyscy, ilu was tu jest, piszecie po nocach na wyścigi paszkwile na swych przyjaciół i swe otoczenie. Taką jest dziwna psychologia „amitié de bohême69”.
Niezmordowany Müller zanucił powtórnie:
Tak, tak, tak,
W tym cały sztuki smak!
— Panowie — huczał już von Hertenstein na całą kawiarnię — oto znalazł się między nami przypadkowo sławny autor Przeznaczenia. — „Nasz!” krzyczmy, choćby on w każdym słowie swoim był zaprzeczeniem wszystkiego, czego my byśmy pragnęli; „nasz!” krzyczmy tym głośniej, im większą będzie jego popularność. Bo wszak on nasz byt usprawiedliwia. — Sztuka jest, prócz dla tych, którzy się dla niej rodzą, jeszcze tylko dla próżniaków, z których potem traf, kobieta, redaktor wyławiają tak zwane talenty, zaś policja, przytułki i szpitale — tak zwane męty...
— Silentium70! — uderzeniem kułaka w stół zgłuszył Müller szemrania.
— ...panowie, przed nami stoi — źle mówię! — przed nami siedzi człowiek, któremu słuszna pycha wzdyma krawat i rozpiera kamizelkę... W porę przynoszą szampan! Autorowi Przeznaczenia nie dość widzieć nas trzeźwymi, on chce nas upić: podobnie, jak kazałby nas pławić w kałuży, gdyby to było w jego mocy — nas, mierzwę swego życia, nas, cośmy go swoim bólem wykarmili, pierwsi odgadli, pierwsi odczuli!...