„Kawiarni”!...

Na krańcach miasta rzucały pierwsze pociągi w nocną mgłę długie płaczliwe skowyty.


Pierwsza beczka!” — krzyknął jaskrawy szyld na mętnie oświetlonych drzwiach małego szynku. Jelsky, nie namyślając się, skoczył do izby ciasnej i cuchnącej jak słodowa piwnica. W brudnym świetle zakopconej lampki kilka ciężkich, fałdami szerokich bluz twardo zarysowanych sylwetek. Mgła, para czy też mętna zadymka oddalała ich zaspanym oczom Jelsky’ego w głąb daleką i bezbarwną. W pośpiechu, na stojączkę, wlewali w siebie pierwszą dawkę dziennej trucizny. Jelsky siadł za stołem, dmuchnął w pianę podsuniętego kufla, skrzywił się i kazał sobie zgotować czarnej kawy.

— Gdzie się paliło? — ziewnął niedbale.

— Składy drzewa nad kanałem... Dwóch ludzi upiekli... żonatych.

— Kto taki?

— Juścić straż... A od czego ona zresztą?... Może i tamci dwaj byli ubezpieczeni na żydowski dochód. Pożar to jest intratna rzecz. — Suchy, ochrypły i zły śmiech kilku basów, jak zgrzyt trybów w maszynach, plusk białej piany o kamienną posadzkę i ten zaduch chmielu — duszny, jadowity.

Dano wreszcie kawę i Jelsky odnalazł myśl swoją.

„Taki ja dobry, jak i Kunicki! — rozmawiał ze sobą, gryząc nerwowo ogarek cygara. — Oszczędzam zresztą jego wątłe siły nerwowe i ratuję karierę... Ty zaś mógłbyś adresować swój testament imieniem, ad personam137, a nie pisać go jako list otwarty dla ochotników... Przede wszystkim spaliłaby się gdyby nie ja — przez tę lampę. Następnie, kto by ją docucił? Kto dałby niezbędne dla rozpaczy echo? Kto otrząsnąłby z tego odrętwienia w tumanie nieszczęścia? Z tego lęku przed skupieniem myśli? Z trwogi jakby nie przed tym, co się stało, lecz, że coś podobnego stać się w ogóle może?... Ochotnik musi mieć stalowe nerwy!... A potem to zatrzepotanie się kobiece: »Pobiegnę! Wstrzymam! Uratuję!«. W czyichś oczach musiała wyczytać odpowiedź rzeczywistości: »nie wróci, nie cofnie się, wrócić nie zechce i nie może«”.