Chwała Bogu: „panie Jelsky”. To zwęża pocieszająco widnokręgi. Za serce chwytający cichy żal wyczerpanego płaczem dziecka. „Pani jest dzieckiem, dobrym, najlepszym, biednym i nieszczęśliwym dzieckiem”. — „Panie Jelsky, ja już sił nie mam... Boże, i te moje włosy. Niech pan na mnie nie patrzy”. I jakby w tym bezwładnym oparciu się o niego, w poczuciu ludzkiej obecności, znajdowała nieco spokoju. Niech pan puści rękę. Ja wiem, że pan jest dobry, zacny, poczciwy... Nie! Nie klękać! Na miłość boską, co pan robi! Ja wcale nie jestem warta, żeby mnie kto!”... — Ostatnie zerwanie się głębokiego piersiowego płaczu.
„Pani, pani droga!... Pani Zofio!... Dziecko!... Biedna Zocha”.
„Panie Jelsky! Mój panie Jelsky!”...
W ckliwej i dusznej atmosferze szynku przeciągały przed oczyma Jelsky’ego kalejdoskopowym wirem dziwnie postrzępione obrazy wspomnień. Nagle uderzył się oburącz po kolanach. — Tiens! To jest une scène à faire138. Przecież to jest świetne jako temat!”
— Kawy jeszcze!... Macie tam cygara... Ognia! Dziękuję.
„Rzecz ma w sobie miłą, popularną psychologijkę, posiada sama w sobie warunki sceniczne. Zaś pikanteria sceny na tle leitmotivu rozpaczy jest wprost secesjonistyczna!... A gdyby tak machnąć? Hm?... Der Fall Angelica’s, eine Familientragödie von Karl von Jelsky139. Ja — to jest on! — czuję to, będzie narysowany świetnie. Atmosfera moralna w sztuce nie powinna być zbyt poważna: so, so140, la la! Wienerluft141!”...
— Ja pana pamiętam — huknął mu ktoś basem nad uchem. — Pan z gazety?
— Mniej więcej.
Robotnik przed nim poczerwieniał w jednej chwili i zaperzył się jak indor.