— Przeznaczenia swego szukać.
— I... co ty znajdziesz, durniu?
Westchnąłem tak głęboko, że mi się zdawało, iż mi chyba serce spod żeber wyskoczy.
— Ciągnie... Rady sobie dać nie umiem.
— Bo ty nie wiesz wcale — wołam, czując gorące wypieki na policzkach — ty nie wiesz wcale, ile ja sił w piersiach czuję! — I czym ty mnie częstujesz? Daj mi najpiękniejsze kobiety: — powiem: „tyle tylko?”. Daj mi bogactwa: — powiem: „mało!”. Wywróż mi szczęście: — zawołam: „ach — nie dbam o to!”. Obiecuj tryumf, sławę, władzę...: ja będę wołał: „mało, mało!”. Bo dla moich wielkich chęci nie może być nazwy, bo wszystko, co określone, zmrozi je tylko. — Ale gdy mnie natomiast na bok weźmiesz i szeptem powiesz: „Synu, czeka na ciebie... gdzieś... coś wielkiego... coś, co...”.
— Basta! — trzasnął ojciec jak biczem. — Bo się udławisz frazesami. Wiesz ty, co to wszystko znaczy? Dokąd cię to ciągnie?
— Nie wiem — mówię, szarpiąc palce, aż w stawach trzeszczało. — Nie wiem.
— Aktorem chcesz być — wyrzucił stary przez zęby wraz z wielką chmurą dymu od papierosa.
Po kilku miesiącach byłem już w teatrze. Ale stary wystąpił. „Ja — mówił — ze smarkaczami rywalizować nie będę”. I dobrze się stało. To wszystko ze środka znalazło gdzieś ujście: precz z duszy, precz ze krwi, z myśli, z nerwów. Rzucałem się na scenie jak piskorz, darłem się jak sroka, huczałem jak wicher. W sercu wciąż jeszcze była pustka. — Powodzenia to, oczywiście, nie wróżyło. Stary był zły, gryzł się i martwił. „Opętać, opętać szelmę! — wołał. — Ocet niech łyka, w łaźni niech odmięknie!”.