Wysiłek amerykańskiej pracy organizacyjnej posiada i tę wielką zaletę, że nikim nie gardzi, niczego z góry nie odrzuca i niczego nie lekceważy.

Myśl ludzka jest wszystkim i ta myśl chadza niekiedy i po topieliskach, i ta myśl świta często pod czaszkami maluczkich.

Jednej myśli starczy, aby rozproszyć grożącą ludzkości nawałnicę, aby uciszyć rewolucje, uśmierzyć bunty. Jedna myśl znaczy więcej, aniżeli latami wzbierający ekonomiczny kataklizm.

Otóż Amerykanin ma dla tej myśli ludzkiej jak najgłębszy szacunek, gotów jest zawsze w lot ją chwytać, czyha na nią, skrada się ku niej.

Nie gardzi zresztą nawet konceptem, nawet dowcipem, nawet żartem.

Ma w sobie zawsze i coś z Barnuma, nie z samej jego dobroci i poczciwości wielkiej, ale i z tej pogody ducha, którą filantrop a genialny organizator cyrku tłumy umiał rozbrajać.

Do Barnuma, który był po całym świecie szperał zawsze wszelakich pokrak, wszelakiego połamaństwa, wszelakiego cudactwa, zgłosił się był149 nędzny człeczyna z propozycją, czyby odeń nie nabył kota wiśniowego koloru...

Barnum ani chwili się nie targował. Nędzny człeczyna stawił się był z osobliwym okazem, umieszczonym w koszyku. Otwarł jego pokrywkę i oto oczom Barnuma ukazało się pospolite, gnaciaste, czarne kocisko.

— Toć miał być przecież wiśniowy!

— A czyliż nie ma czarnych wiśni? — odparł spokojnie człeczyna...