Jeżeli sprawa da się doprowadzić do Sądu Federalnego, do Najwyższego Trybunału, wówczas kruczki adwokackie ulegają okiełznaniu, a wymiar sprawiedliwości nie da się zabałamucić.
Niekiedy przecież nawet władze naczelne, nawet sam Waszyngton musi się uciekać do nie lada konceptów, aby chwycić notorycznego rzezimieszka...
Przykładem takiej komedii była ostatnio sprawa głośnego Al Capone, szefa handlarzy wódką i piwem, właściciela domów gry, domów nierządu, organizatora mordów i napadów bandyckich. Owóż ten Al Capone miliony „zarabiający” rozbójnik chicagowski zażywał całkowitej bezkarności... Nie było dlań ani prokuratora, ani sądu, ani świadka, ani winy... Dygnitarze stanu Illinois nie ważyliby się tknąć tak hojnego magnata... W ostatku władze federalne postanowiły skończyć z Al Caponem... Lecz jak? Udało się raz na Florydzie, kędy rozbójnik przebywał na wilegiaturze28, chwycić go na noszeniu „ukrytej” broni... Była to przyczepka oczywiście... Lecz wskutek tej przyczepki wezwano Al Capone’a do sądu w taki sposób, że się na wezwanie nie stawił... Wówczas wytoczono mu sprawę o „obrazę sądu”... A w dalszym ciągu załadowano go do więzienia pod zarzutem przestępstwa federalnego, bo ukrywania dochodów i płacenia o wiele niższych podatków... Chociaż, jak twierdzili niektórzy, Al Capone bardzo skrupulatnie wykazywał wszystkie dochody z kontrabandy, z kradzieży, z handlu żywym towarem i tajnych szulerek...
Przy takim dopiero podstępie władze federalne mogły zamknąć bandytę i mordercę... Mogły go pozbawić wolności za ukrycie dochodu z grabieży — zarobku na zabójstwie — zysku na morderstwie — ale nigdy ani za grabież, ani za zabójstwo, ani za mord — gdyż tego rodzaju sprawy mogą jedynie wszczynać władze stanowe...
Przy tych udrękach w Stanach Zjednoczonych podziewa się równocześnie jowialny typ sędziego dziwaka, rodzaj francuskiego „bon juge”, zażywający w najlepszej wierze pełni praw swego sędziowskiego mandatu i koncypujący wyroki, które, zakrawając na Salomonowy rozmach, odznaczają się swym zdrowym humorem.
Najprzykrzejszą bolączką ładu publicznego w Ameryce jest policja.
Policja amerykańska zasadniczo nie jest instytucją ogólnopaństwową ani nawet stanową.
Rząd federalny ma od lat dwunastu policję prohibicyjną, czuwającą nad przestrzeganiem abstynencji czy dokładniej zakazu wyrabiania i sprzedaży napoi alkoholowych, ma dalej policję celną, ma wreszcie służbę wywiadowczą, ale w całej swej rozciągłości policja, jako siła prewencyjna czy persekutywna29, jest głównie powiatowa lub miejska, i jako taka tworzy sieć organizacji samorządowych, niezależnych i ze sobą niepołączonych. Dalej jeszcze policja w Ameryce bywa prywatna — a dopiero w ostatku jest również i stanowa, lecz sięgająca w razach wyjątkowych już i milicji stanowej, a więc straży obywatelskiej.
Policja jest w ręku ludzi, piastujących urzędy z wyboru, automatycznie więc jest narzędziem gry politycznej, jest ciągle rezultatem wyborów i tym samym jest zarażona „graftem”.
Wczoraj był szlifibrukiem, komiwojażerem, przedsiębiorcą, dzisiaj z kancelisty w związku tramwajarzy wystrzela na komisarza bezpieczeństwa publicznego, na szefa policji miasta Omaha. Nominację swoją otrzymał wprost od nowo wybranego prezydenta miasta (mayora), dostał przy rozrachunku po zwycięskiej kampanii wyborczej... I ze swej strony otwiera drzwi na ścieżaj dla adherentów30 niższego pokroju.