Jednostronny twór, bo i w całym tym wysiłku ku zmechanizowaniu pracy tylko inżynierski rachunek, kupiecka kalkulacja, niezdolna ocknąć w sobie głębszej myśli społecznej, niezdolna pamiętać na tych, których chleba pozbawia. Upraszczanie bytowania ludzkiego, a w istocie pomnażanie niedoli, narkotyzowanie czujności amerykańskich „konsulów”, skazywanie kroci tysięcy na nędzę.
Wszystko dla znakomitych spryciarzy zmniejszających liczby robotników — ani szeląga dla dociekań, zdolnych równocześnie przygarniać tłumy niepotrzebnych, nieużytecznych rąk.
Praca nie jest klątwą rodzaju ludzkiego, lecz błogosławieństwem Bożym. Praca jest modlitwą. Praca jest szczęściem.
Owóż na „ziemi mlekiem i miodem płynącej” zabrakło i tego błogosławieństwa, i tej modlitwy, i tego szczęścia.
Najdzielniejszym fundamentem dobrze zbudowanego, demokratycznego państwa jest średnia i drobna własność. Kędy241 średniej i drobnej własności więcej, tam więcej poczucia obywatelskiego, tam mniej różnic i tam mniej fermentów.
Stany Zjednoczone ku temu szły, choć od dawna cierpiały na zbyt wielką chciwość zbogaconych szachrajów, którzy nazbyt szybko wyrastali na magnatów, nazbyt gwałtownie darli się do spekulacyjnej lichwy.
Już przed wielką wojną słynna nowojorska Wall Street (ulica Parkanowa), ściślej giełda, targała arkanami wewnętrznej polityki Stanów Zjednoczonych.
Jednakże ten wpływ giełdziarski chwilami słabnął, zwalczany przez wyjątkowo odważnych prezydentów, jakim był choćby Roosevelt.
Zgon prezydenta Wilsona, dojście do władzy Hardinga, było hasłem do zerwania ostatniej tamy. Harding wypłynął na spienionej fali, tak zwanej „bandy ohioskiej”, która już nie wypuściła z rąk swego elekta.
Zaczęły się orgie sztuczek milionerskich. O najważniejszych zagadnieniach decydowali bankierzy, królikowie, kacykowie stali, nafty, miedzi, trusty, zmowy, intrygi krętaczy, interes jednostek.